wtorek, 24 listopada 2015

Blogosfera okiem świeżaka

Decydując się na pisanie bloga, nie wiedziałam tak naprawdę, z czym to się je... Czytam teraz te wszystkie wpisy o zależnościach, testowaniu, przyjaźniach i przede wszystkim o ich braku. Czytam i nie wierzę, że tyle mnie ominęło, że to wszystko jest takie skomplikowane i niedostępne. Wejście w blogosferę może być niesamowitym przeżyciem i ciekawą przygodą - to na pewno, ale czy naprawdę czeka mnie nienawiść i tak niewiele przyjemności?


Dobre złego początki?



"Blog powstał z potrzeby serca" - przez ostatni miesiąc, bo wtedy zaczęłam pisać i czytać inne blogi (celowo, z zainteresowaniem), natknęłam się na to zdanie wielokrotnie. Te kilka słów dały mi sporo do myślenia... Czy mój blog jest takim miejscem, moim osobistym kawałkiem podłogi? Mnóstwo blogów powstało "z potrzeby dzielenia się swoim osobistym życiem" - pisania o maluchu, ciąży, przeżyciach młodego czy już niemłodego rodzica. Czy ja też tego chcę? Czy tu będę się uzewnętrzniać?


Nie wiem, czy wpisuję się całkowicie w któryś z tych "nurtów", ale czy to oznacza, że nie chcę dzielić się swoimi myślami i podsuwać czytelnikom pod nos to, co kocham? Nie :) Czasami czuję się tak, jakbym nagle wyszła na światło dzienne z ciemnej i ciasnej szuflady...


W tym miejscu chciałam zaznaczyć, że w ogóle założenie bloga to mała masakra, która śniła mi się po nocach, bo nie miałam pojęcia, jak się w ogóle za to wszystko zabrać, na czym się skupić, co z tym dalej począć... Podziwiam te z Was, które piszą od lat - z wytrwałością i zaangażowaniem. Nie wiem, czy ja dam radę, bo różnie to z moją motywacją i organizacją bywa, ale spróbować warto.

Po co to wszystko?

Chciałam po prostu pisać. Coś, co będzie dobre językowo i merytorycznie (przyjaciółka stwierdziła, że na razie mi to wychodzi). Chciałam potrenować i zakosztować życia blogera - zobaczyć to wszystko od przysłowiowej kuchni. Spróbować czegoś nowego, bo przecież stanie w miejscu to prawie cofanie się.

Dla kogo? Nie tylko dla siebie, ale dla czytelników. Odkryłam pozytywną siłę oddziaływania na moją psychikę wszelkich komentarzy - o rety, ktoś to czyta! Ktoś jest w stanie zatrzymać się na chwilkę i dać znać, że tekst jakoś do niego trafia lub nie przekonuje go wcale. Polubienia na FB, dodawanie do kręgów i polecanie... Uh! To jest coś! Taka mała rzecz, która tak bardzo cieszy.

Ciągle się uczę. Wcześniej określenia "parentingowy" czy "lifestylowy" praktycznie nic mi nie mówiły - a teraz wiem, ha! Człowiek uczy się przez całe życie (i głupi umiera, ale to już inna bajka).

Kiedy decydowałam się na pisanie, w ogóle nie brałam pod uwagę jakiejś większej interakcji z czytelnikami - tzn. zakładałam, że będę sumiennie odpisywać na komentarze czy wiadomości, ale nie podejrzewałam, że to właśnie stały kontakt z drugim człowiekiem (taki czysto wirtualny) jest kwintesencją tego całego blogowania. Może na kontakty w plenerze przyjdzie czas, może nie - wszystko wyjdzie w praniu. Dzisiaj utrzymuję stały kontakt (na FB i tutaj) z kilkoma osobami i wiem, jak słowa potrafią zbliżyć - coś niesamowitego.


I co dalej?


Nadal mam obawy, wciąż stąpam po niepewnym gruncie, szukając sposobu na okiełznanie blogosfery. Czytam Wasze blogi i czasem nie wierzę, że to wszystko potrafi być takie... Zawistne? Przykre? Co mnie poruszyło? Na przykład wspomnienie o walkach toczonych w sprawach "podkradania" czy "małpowania" tematów, ale czy to właśnie nie te wspólne tematy nas łączą? Obiecuję, że następnym razem zaznaczę skrzętnie, czyje wpisy mnie tak poruszyły - wcześniej o tym po prostu nie pomyślałam... Moja wina, przyznaję bez bicia! Poza +Matka Antyterrorystka nie pamiętam, czyje były inne wpisy... 

I co dalej? Będę robić to, co robiłam do tej pory. Nadal będę wrzucać te wszystkie dziwne przepisy i posty "odchudzające", które pomagają mi, ale też niektórym z Was, w walce z nadwagą. Będę pisać o dzieciakach i pracy w domu (ha! jeszcze żadnego wpisu na ten nie ma, chociaż to moja codzienność), bo to jest mi najbliższe. Zachęcę do sięgnięcia po książkę (w rozliczeniu miesięcznym i czasem coś dodatkowo, jeśli mnie zachwyci) czy wyjścia na spacer albo do wypróbowania jakiegoś przepisu. Podsunę jakąś aplikację, z której sama korzystam, bo może komuś się przyda. Podzielę się czasem jakimiś głębszymi przemyśleniami na temat życia i bycia. Po prostu będę robić swoje - tak dla siebie, ale też z malutką nadzieją na znalezienie takich ludzi, którzy zatrzymają się tutaj, choćby na krótką chwilę. 

Czego nie zrobię? Zauważyłam, że takie "lekkie" wpisy mają wielkie branie, bo tak przyjemnie się je czyta, bo takie są normalne. U mnie takich normalnych wpisów zapewne nie będzie - niestety, jeśli na to liczycie, nie przeczytacie tu o pierwszym wypróżnianiu do nocnika, nie podam swojej aktualnej wagi ani też nie będę relacjonować prawie na żywo moich postępów (chociaż kolejne dziesiątki mam zamiar jakoś zaznaczyć), nie wrzucę tony zdjęć mojego szczęśliwego/nieszczęśliwego dziecka, zabraknie też wielu innych takich typowych radości matki, żony i kochanki. Dlaczego? Ponieważ liczę na to, że nie samym banałem (chociaż niezwykle ważnym i istotnym) człowiek żyje i mam nadzieję, że można czytać o rzeczach ciekawych bez osobistych wycieczek, bez "helloł", "część misiaczki" i "och, czytajcie mnie". Nigdy nie stwierdzę też, że takie to złe jest, nie... Po prostu chcę pokazać coś ważnego, codziennego, okazyjnego, osobistego czy bezosobowego unikając mimo wszystko tego "helloł, jestem tutaj". Tak sobie myślę, że fani na FB czy obserwatorzy G+ to bardzo ważna sprawa, ale niech za tą liczbą coś idzie. Mnie cieszy każdy pojedynczy komentarz, każde polubienie czy udostępnienie, ale czy przy ponad 1000 polubień zauważa się jeszcze takie małe radości? Może ktoś mi odpowie na to nurtujące mnie od rana pytanie?

Do tej pory udało mi się ogarnąć:
- założenie bloga - wybór miejsca, kombinacje (raczej nieudolne z szablonem), mniej więcej to wygląda ;). Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że gdzie nie pójdę, tam piszą, że źle wybrałam, bo wordpress czy disqus lepszy - na razie niech sobie będzie tu,
- regularne pisanie (weekendy są mniej płodne, ale wiadomo - weekend dla rodziny),
- profil na Facebooku,
- pierwszy konkurs (na razie z marnym skutkiem),
- ogarnęłam mnóstwo Waszych wpisów - zebrałam masę inspiracji, potrzebnych rad, poleceń książek i podyskutowałam - dobra dyskusja to podstawa,
- zebrałam sporo informacji o tym, na co właściciele sal zabaw i placów zabaw powinni zwrócić uwagę - dziękuję za cenne wskazówki i oczywiście czekam na kolejne, temat wciąż aktualny (najlepiej w prywatnej wiadomości na FB lub przez kontakt)



Czytaliście? Jeśli jeszcze nie mieliście okazji, to teraz serdecznie polecam. Co prawda artykuły nie dotyczą stricte...
Posted by Matka Puchatka on 19 listopada 2015


Plany na przyszłość też jakieś są - #linkparty na pewno (już 30 listopada), bo jest fascynujące i konkursy, ale wszystko w swoim czasie, na razie niech się to wszystko samo obroni słowem. Na pewno będę i pisać swoje i czytać Wasze, więc proszę mi tu coś od siebie podrzucić - chętnie zerknę :)


O tym, co mi nie wyszło (jeszcze!) pisać na razie będę - dam sobie jeszcze czas, bo przecież nie wszystko można tak od razu.
Co mnie smuci? To, że na bloggerze nie widzę, kiedy ktoś odpowiedział na swoim blogu na mój komentarz - przydałaby się taka informacja. Możecie mieć pewność, że ja na Wasze zawsze odpowiem, nawet jeśli google Wam tego nie powie.

I jeszcze jedna sprawa - odnośnie do moich polecanych zabawek czy książek - jeśli będą to wpisy sponsorowane, to z pewnością Was o tym poinformuję - teraz robię samowolkę ;)


Tymczasem przesyłam Wam dużo pozytywnej energii - moją już za moment wykorzystam na posprzątanie w kuchni ;) I dziękuję wszystkim i każdemu z osobna, kto poświęcił mi chociaż chwilkę.  Miło jest pisać dla kogoś!