wtorek, 3 listopada 2015

Czytam wszędzie, czyli "Mały Książę" w pociągu


"Mały Książę" jest jedną z tych magicznych książek, do których czasem wracam - z sentymentu, z radością albo z nadzieją, że dostrzegę w niej coś, czego nie widziałam wcześniej. Zawsze pozwala mi cofnąć się w czasie - podróżuję wtedy do lat szkolnych, kiedy problemy były inne i czasu było więcej. Okazuje się, że takich osób jak ja, jest więcej - cudownie! Dzisiaj próbuję zaszczepić w córce miłość do tej niesamowitej historii...





Słowem wstępu

Pociągiem jeżdżę teraz bardzo rzadko. Ostatnio miałam jednak "okazję", co moje dziecię przyjęło z wielkim entuzjazmem - była zachwycona wizją takiej małej przygody. Bilet kupiony przez Internet - dla mnie cały, dla córki 100% zniżki - czas przy kasie zaoszczędzony. Nie drukowałam, czekał w telefonie. Ach ta technologia...

Pociąg podjechał, wsiadłyśmy. Dziecko, fotelik do samochodu (podwózkę pod domek mamy załatwioną), torebka na ramię i średniej wielkości walizka - wszystko trzeba ogarnąć w jednym czasie i w tej niewielkiej przestrzeni pociągowych korytarzy, na których czekają kolejne "przeszkody". Zanim dotarłam do naszego przedziału, przeprosiłam za to, że w ogóle tu jestem chyba z 15 razy. Na szczęście studenci byli wyrozumiali i pomocni - dotarłyśmy w jednym kawałku, zainstalowałyśmy się w przedziale. I co się okazuje? Będzie ciężko - pod oknem starszy pan i elegancka dojrzała kobieta (miny nietęgie), mama (mniej więcej w moim wieku) i jej dzieciaki - trzy sztuki. Z moją córą to już cztery sztuki, co stanowi połowę przedziału, a mnie tak bardzo bolała głowa... Z doświadczenia wiem, że tak wiele małych istnień na mocno ograniczonej przestrzeni oznacza dużo upomnień i uciszania, bo dziecko jak to dziecko - długo w miejscu nie usiedzi. Owszem, można udawać, że nic się nie dzieje, tłumacząc (albo i nie) zachowanie dziecka jego wiekiem, ale jakieś zasady współżycia w miejscu publicznym obowiązują. Nie myliłam się. Nie minęło 5 minut - sytuacja zaczęła się rozwijać: dzieciaki się zgrały, małpowały (każde od każdego) coraz to głupsze wygibasy. Ja uspokajam, druga mama prawie krzyczy, dojrzałym i eleganckim miny rzedną coraz bardziej. Czas na interwencję! 

Kochanie, poczytajmy...

Wydaje mi się, że istnieje wyjście z każdej sytuacji - wszystko zależy od inwencji i chęci. Jestem też przekonana o tym, że każde dziecko - nawet bardzo pobudzone - można uspokoić. Trzeba je po prostu czymś zainteresować. 


Nie jestem zagorzałą wielbicielką książek papierowych (zwanych teraz analogowymi - śmieszna nazwa) - uwielbiam je i zawsze chętnie po nie sięgam, ale cenię treść, nie nośnik. Staram się czytać zawsze i wszędzie, kiedy tylko okoliczności sprzyjają albo przynajmniej nie uniemożliwiają mi sięgnięcia po książkę: papierową, e-booka w czytniku czy na komórce... 

Książka na komórce sprawdziła się właśnie w pociągu (podświetlony ekran, kolorowe obrazki). Z natury jestem nieśmiała, ale wiem z praktyki w szkole, że w czytanie trzeba włożyć dużo serca, żeby zainteresować dziecko treścią - córka szybko pokochała słonia w wężu. Pozostałe maluchy, zaciekawione, powoli mnie osaczały, by cieszyć się nie tylko samą historią, ale i kolorowymi ilustracjami. W przedziale słychać było już tylko mój głos i miarowe stukanie pociągu sunącego po torach. 

Chwila przerwy na okazanie biletów, złapanie oddechu i łyk wody - siłą rzeczy musiałam przerwać lekturę, bo bilet w telefonie. Spod okna padło pytanie (starszy pan), czy nie mogłabym czytać troszkę głośniej, bo niewiele tam u niego słychać. Mogłam, więc działałam dalej. Już ośmielona, zachwycona treścią, obrazkami, dzieciaczkami i całą tą magiczną podróżą - taki rozwój sytuacji naprawdę mnie zaskoczył...

Nasza stacja, kilka rozdziałów do końca, czas się zbierać. Nie dokończyłam tej cudownej historii, z czego dzieciaki nie były zadowolone, ale ich mama obiecała, że skończą w domu. Kiedy wychodziłyśmy z przedziału, usłyszałam podziękowania, ujrzałam uśmiechy na twarzach - podróż nie była taką katastrofą, jaką zakładałam na początku.

Przed snem doczytałyśmy opowieść - już nie z komórki, ale z tej tradycyjnej, mocno wyblakłej i  książki, którą trzymam na półce od 20 lat. 

Dzisiaj odkryłam "Małego Księcia" na nowo...