wtorek, 16 lutego 2016

Zaufać młodemu lekarzowi: "Pacjentka z sali numer 7"


Przychodzi chory do lekarza, a lekarz taki młody! Dziś słów kilka o "Pacjentce z sali numer 7" autorstwa Beaulieu Baptiste i polskie trzy grosze w tej sprawie.



Słowem wstępu

Idąc do szpitala, do lekarza czy do stomatologa, wierzymy (przeważnie) w jego moc, mamy szczerą nadzieję, że nas wyleczy, pokładając swój los w jego rękach. Już sam fakt, że musimy polegać na wiedzy kogoś, kogo nie znamy, jest frustrujący. Możemy się tylko domyślać i mieć nadzieję, że lekarz wie, co robi. Ktoś przecież musi wiedzieć, jak nas wyleczyć. Po to przychodzimy. Gdy musimy oddać pod opiekę komuś nieznajomemu nasze dziecko, jest jeszcze trudniej. Kiedy jednak na naszej drodze staje młody lekarz - o zgrozo! Przecież on nie ma w ogóle doświadczenia! A czy Ty boisz się młodości?



Leczyć tak, by nie zwariować

Autorem i równocześnie głównym bohaterem "Pacjentki z sali numer 7" jest bardzo młody lekarz, który opisuje swoją codzienną walkę ze śmiercią. Opowiada o ludziach, których przyszło mu leczyć, o wszystkich tych małych tragediach i wielkich radościach - o codzienności w szpitalu.




Poznajemy sporo tych małych i wielkich dramatów, do których jednak bohater stara się podejść w humorystyczny sposób. Zaznacza, że musi sobie jakoś radzić z bliskością śmierci, każdy musi. Opowiada o chorobie, bólu, stracie z niewielką nutką rozbawienia, starając się w tym, co przykre, znaleźć chociaż odrobinę normalności. O czynnościach często obrzydliwych on (i jego współpracownicy) mówią z lekkością, która zwykłemu śmiertelnikowi wydaje się niepojęta. Książka może drażnić i oburzać, ale to jej jedna z jej wielkich zalet.

Jak leczyć, by nie zwariować? Bohater nadaje swoim pacjentom przezwiska - często pieszczotliwe, czasem dobitne. Wymyśla historie ich życia, nadając im (jako ludziom) szczególne znaczenie. Wyjątkowym przypadkiem jest Kobieta-Ognisty Ptak, do której przywiązuje się emocjonalnie - mimo świadomości bólu, który pojawi się po jej utracie. Kobieta-Ognisty Ptak umiera na raka, a jej dni są policzone. Jak umilić te chwile oczekiwania na nieuniknione? Jak utrzymać przy życiu kogoś, kto pragnie pożegnać się z rodziną przed śmiercią (kobieta wyczekuje syna, który utknął na lotnisku)? Opowiedzieć prawdziwe historie o pracy w szpitalu, które dają radość i nadzieję.

"Pacjenta..." to taka powieść, która pozwala pacjentowi na oswojenie się ze szpitalnymi klimatami. To próba pojednania leczących z leczonymi, ukazując tych pierwszych jako ludzi z krwi i kości, którym nie jest obojętne życie drugiego człowieka, którzy kochają to, co robią i starają się pracować jak najlepiej (nikt nie lubi tracić pacjenta). To taka treść, która wzrusza, śmieszy, ale i  drażni, zmuszając do myślenia.

Na książkę trafiłam przypadkiem, na blogu http://www.jamaska.pl/ (+jamaska jamaska). Zaczęło się od okładki, która przyciągnęła prostotą, jednak niewiele mówiąc mi o środku. Zaczęłam, bo wstęp przekonał mnie o humorze, z jakim autor podszedł do tematu, chociaż ten nie należy do lekkich i przyjemnych. Skończyłam z wypiekami na twarzy i szklistym spojrzeniem, zastanawiając się nad chorobą, śmiercią i nad ludźmi, którzy stykają się z nieszczęściem każdego dnia. Treść potraktowałam osobiście, bo przecież każdy z nas w mniejszym lub większym stopniu ma do czynienia z umieraniem.


Nasze trzy grosze


Bohater wielokrotnie wspomina o swoim młodym wieku, który u wielu pacjentów budzi niepokój. Czy młody lekarz, często będący jeszcze stażystą, może być osobą godną zaufania? Czy my - rodzice, dzieci, małżonkowie, chorzy - jesteśmy w stanie zaufać komuś, kto nie ma przynajmniej dwudziestoletniego stażu pracy?

Rozmawiałam na ten temat z młodą lekarką (pierwszy rok pracy w szpitalu po stażu) oraz z młodym stomatologiem-stażystą. Byłam ciekawa, czy odczuli to na własnej skórze.

Ona: Myślałam nad Twoim pytaniem i właściwie mój wiek to nie jest problem. Kiedy siedzę w całodobówce, to ludzie są raczej pozytywnie do mnie nastawieni. Nikt nigdy nie kwestionował mojej diagnozy czy leczenia tylko dlatego, że jestem młoda. Problem zaczyna się na oddziale, głównie dlatego, że kobiety - młode lekarki są często brane za pielęgniarki. To chyba takie pierwsze skojarzenie u wielu pacjentów. Nie mam o to pretensji, ale robi się czasem niezręcznie, jak trzeba się upomnieć, że "ja JESTEM lekarzem, proszę pana". Generalnie chyba bardziej problem leży w płci, a nie wieku. Raz nawet zdarzyło się, że siedziałam w dyżurce lekarskiej z dwiema doktorkami (jedna koło trzydziestki, druga po czterdziestce). Wparowała do środka pacjentka, rzucając pogardliwie już od drzwi: "Czy jest tu jakiś doktor? A, nie ma." I wyszła. Może czasem "będąc młodym lekarzem", problemem jest wyrobienie sobie autorytetu u personelu pomocniczego. Nie mogę powiedzieć, że to reguła, bo obraziłabym mnóstwo kochanych starszych pielęgniarek, bez których zginęlibyśmy marnie, ale są pojedyncze przypadki, bardzo nieprzyjemne, gdzie wychodzi podejście "co ty możesz gówniarzu wiedzieć, ja jestem starsza".

On: Dobre pytanie i niestety muszę odpowiedzieć na nie twierdząco: pacjenci boją się, kiedy młody, ogolony na gładko, przystrzyżony na krótko facet próbuje dobrać się do nich zębów. Wiele razy słyszę, że "pomocnik stomatologa nie może przecież dotykać narzędzi", często też pytają, czy to mój pierwszy raz, czy wiem, co robię, czy się na tym znam. Szczytem jest zapytanie, ile mam lat albo czy "sprzątający też noszą fartuchy"? Czasami ręce opadają, ale staram się podejść do tego z uśmiechem i z dystansem, bo ludzie potrafią zniechęcić do wszystkiego. Ostatnio usłyszałem nawet, że pacjentka nie zgadza się z moją diagnozą, no bo "młody pan, na pewno się nie uczył. Nie ma tu kogoś doświadczonego?". Oczywiście nie wszyscy tak się zachowują, bo w pracy spotykam się z mnóstwem pacjentów, którzy "wierzą mi na słowo" - nie kwestionują, pozwalają się leczyć bez machania rękami i odgrażania się. Czasem żałuję, że tak niewiele zębów robi się przy pełnej narkozie... Wtedy mógłbym się skupić tylko na problemie pacjenta, a nie na jego obawach i przekonywaniu, że wiem, co robię.


Przeczytałem tę książkę (dzięki za polecenie) i tak sobie myślę, że zapuszczenie brody i ubranie jakichś dziadzinych koszul może dodałoby mi kilka lat - pomyślę o tym.




***



Sama zastanawiałam się nad tym, czy potrafiłabym zaufać takiemu młodemu lekarzowi. Nie wiem, bo jeszcze nie miałam takiej sytuacji, chociaż wiem, że taka młoda osoba (zaraz po studiach), ma świeżą wiedzę, ale też mniej doświadczenia. Jedno jest pewne, jeśli ma się wątpliwości, można pytać, ale kulturalnie. Kultura nie boli.







A czy Wy ufacie młodym lekarzom?