poniedziałek, 14 marca 2016

Czy warto mieć wszystko?: "Szepty dzieciństwa" A. Sakowicz

Dlaczego nie doceniamy tego, co mamy, ale wciąż gonimy za tym, co wydaje nam się lepsze? Czy pieniądze, sława, przedmioty, kontakty dają szczęście? Czy mając niewiele, można mieć wszystko? A może mając wszystko, nie pozostaje już nic? Zapraszam na słów kilka o "Szeptach dzieciństwa" Anny Sakowicz.




Słowem wstępu

O autorce słyszałam wielokrotnie, jednak do tej pory nie było okazji, że zapoznać się z jej twórczością. Prawdę mówiąc, nawet nie brałam takiej ewentualności pod uwagę... Nie było we mnie jakiejś wewnętrznej ciągoty - nieczęsto sięgam po takie tytuły, ale jak już dostanę od kogoś książkę (dziękuję Ani/Górowiance), to po prostu czytam. 

"Szepty dzieciństwa" na pewno zmusiły mnie do zastanowienia się nad moimi czytelniczymi upodobaniami, bo przecież to polskie, współczesne i obyczajowe - w takim zestawieniu trudno o coś porządnego, więc czym mogła mnie ta książka zaskoczyć? Nie wiem, dlaczego wcześniej żyłam w takim przeświadczeniu, ale wiem, że Anna Sakowicz, mówiąc patetycznie, nawróciła mnie, a na pewno wskazała nieznaną dotąd ścieżkę. Cóż pozostaje? Będę na nią od czasu do czasu zbaczać.



Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej?

Niby tak się mówi, ale czy w domu pełnym nędzy, gdzie szarlotkę piecze się z kradzionych jabłek, a pieniędzy ledwo wystarcza do końca miesiąca, pod jednym dachem z ojcem-alkoholikiem jest najlepiej?

Zastanawialiście się kiedyś nad tym, ile macie? Już sam fakt, że możecie poszperać w sieci jest znaczący, bo przecież (nadal) wiele rodzin jakoś radzi sobie bez komputera. Tak... Niektórzy żyją tylko w świecie realnym i, niestety, są z tego powodu szykanowani. Przecież teraz każdy, kto nie ma dotykowego telefonu czy laptopa jest jakiś dziwny, inny - na pewno coś jest z nim nie tak! A jednak nadal takie, można się pokusić o stwierdzenie, jednostki żyją i funkcjonują sprawnie w naszym społeczeństwie.

Obok nas nie brakuje również rodzin, które zmagają się z alkoholizmem - ten nie jest domeną ojców czy matek, ale dotyka także dziadków, szczególnie gdy taki dziadek straci miłość swojego życia. Pozbierać się po śmierci ukochanej wcale nie jest tak prostu, jakby się mogło wydawać. Wiadomo, że mieszkanie ze śmierdzącym, zapitym mężczyzną nie należy do najprzyjemniejszych, ale czy można tak po prostu wyrzucić z domu swojego ojca? Z pewnością takie rozwiązanie byłoby wybawieniem - koniec z obszczanymi ścianami, zarzyganymi podłogami, koniec ze wstydem i nerwami. Życie nie jest jednak takie proste i nie zawsze to, co wydawałoby się oczywiste, jest najlepszym wyjściem.

Podobnie jest z pracą, która stanowi przecież ważną część naszego życia. Robota musi być (nawet dorywcza, nawet na kasie w markecie), żeby było co do garnka włożyć. I chociaż czasem tych środków jest za mało, ważne, że w ogóle jakimiś się dysponuje. Wystarczy trochę sprytu, sporo determinacji i łeb na karku, żeby związać jakoś koniec z końcem i dotrwać do końca miesiąca.

Brzmi prawie jak patologia, prawda? A jednak w takim domu, mimo tych wszystkich niedogodności, problemów oraz ogólnej beznadziei może być mnóstwo miłości, zrozumienia i ciepła. Tylko czy to wystarczy, żeby nie chcieć od życia czegoś więcej?

Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma?

Czasem wystarczy jeden malutki kroczek, który może wprawić w ruch cały mechanizm. Potem, niczym kula śniegowa, życie zaczyna się nagle toczyć z niewyobrażalną prędkością, pochłaniając kolejne problemy. Wszystko, co dotąd pozostawało jedynie w sferze marzeń, zaczyna być nagle realne. 

Życie układa się różnie, wiadomo, więc czemu nie skorzystać z szansy, która pojawia się nieoczekiwanie na horyzoncie? Czasem niewiele trzeba, by wejść w ten "zwykły" świat i być jak inni. Perspektywa normalności kusi, a kiedy pojawia się osoba, która oferuje nam wyjście na prostą, kiedy nagle okoliczności sprzyjają i wreszcie można zyskać wszystko, o czym do tej pory można było tylko pomarzyć, trzeba korzystać. Tylko jakim kosztem? Autorka nie daje nam jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie, chociaż podsuwa sugestywne obrazy - cała istota tkwi w relacjach. Czasem więcej znaczy po prostu mniej, czasem nic... 



I na koniec

"Szepty dzieciństwa" napisane są prostym, czasem wręcz banalnym, kolokwialnym językiem. Wejście w powieść nie sprawia żadnych trudności, autorka porywa nas od razu, wchodzimy w sytuację bez zastanowienia, bez problemu, naturalnie. To ogromny plus! Czasem tak niewiele trzeba, żeby wciągnąć czytelnika! Zabieg taki wcale nie gwarantuje sukcesu, bo przecież łatwo przesadzić - czytelnika łatwo jest zniechęcić banałem. Tu wszystko jest świetnie dopracowane.

Wchodzimy gładko w sytuację bohaterów, jakbyśmy zerknęli na czyjeś podwórko. Są nam bliscy, bo tacy realni. Myślę sobie, że wielką sztuką jest napisać coś, co może dotknąć każdego, przy czym nie zanudzić czytelnika na śmierć. Tu się to udało. Chociaż jesteśmy przekonani o tym, że to tylko fikcja, gdzieś tam czai się taka niepokojąca myśl, że może jednak to możliwe? Przecież każdego dnia słyszy się o alkoholikach, widzi ekspedientki na kasach czy zazdrości tym, którzy trafili na loterii. 

Chociaż treść dotyczy ważnych problemów społecznych, same dialogi i sytuacje często doprowadzają nas do śmiechu. Dawno nie czytałam tak zgrabnych dialogów, które trącą humorem (czasem zdarzyło mi się nawet parsknąć śmiechem). Brawa dla autorki!

Uzmysłowiłam sobie, że nie wyjaśniłam Wam tytułu, skupiając się na innej problematyce, ale powiem w sekrecie, że tytułowe dzieciństwo odgrywa znaczącą rolę w pojmowaniu świata przez główną bohaterkę, Basię. Ten skrawek dorosłości, z którą bohaterka zmaga się każdego dnia, wyjaśnią Wam dzienniki jej matki. 

"Szepty dzieciństwa" na pewno mnie zaskoczyły i z pewnością nie poprzestanę na tym jednym tytule - trzeba będzie nadrobić. Autorce dziękuję, przywróciła mi wiarę w polską powieść obyczajową.

Zajrzyjcie na blogi autorki:
kuradomowa.blogujaca.pl
anna-sakowicz.blog.pl