środa, 23 marca 2016

Nadzieja umiera ostatnia: "Ostatni brzeg" N. Shute


Wiadomo, że nie jesteśmy nieśmiertelni i kiedyś, w bliżej nieokreślonej przyszłości, przyjdzie nam opuścić ten świat. Jak wyglądałoby życie, gdybyśmy znali przybliżoną datę? Czy potrafilibyśmy zachować normalność?


Słowem wstępu

"Ostatni brzeg" Nevila Shute'a wydany został dawno temu, bo w 1957 roku. Wiele się od tamtej pory zmieniło, dużo czasu minęło, życie nabrało tempa. Nie jest to książka najwyższych lotów, bo potem powstało wiele innych, które były może nieco bardziej dopracowane, może napisane ciut lepiej? Wiadomo, że i możliwości mamy teraz więcej, i dostęp do informacji niemal nieograniczony. Mimo wszystko "Ostatni brzeg" to powieść wyjątkowa - miażdży emocjonalnie, otwiera przed nami wrota piekieł, przerażając, ostrzegając, niszcząc nadzieję. Wydaje mi się, że właśnie te jej niedoskonałości są tu ogromnym atutem. Wiem, że każdą kolejną książkę, która zahaczy o tę tematykę, będę odnosić właśnie do tej historii. Podejrzewam, że te kolejne będą w tym porównaniu "przegrane"...

"Ostatni brzeg" jest powieścią postapokalityczną, której akcja rozgrywa się na początku lat 60-tych zeszłego stulecia, w Australii. Dlaczego właśnie w tej, jakby nie było, nietypowej scenerii? Po wojnie nuklearnej jest to jedno z niewielu miejsc na planecie wolne od promieniotwórczego pyłu. Jest bezpiecznie, do czasu... Wizja zagłady wisi nad mieszkańcami tego malowniczego zakątka - są świadomi nadchodzącej z wiatrem katastrofy; każdy wie, kiedy mniej więcej nadejdzie jego czas - choroba dotknie, bez wyjątku. Tego nie da się uniknąć, nic już nie można zrobić. Na myślenie był czas wcześniej, zanim pierwsza bomba spadła na ziemię.


Nadzieja umiera ostatnia


Różne są sposoby radzenia sobie z nieuniknionym, a jedynym pewnikiem jest konieczność ustosunkowania się do zaistniałej sytuacji. 

Jedni szukają pocieszenia w płaczu - nieustannie przeżywają pozostawienie zwierząt bez opieki (te zginą później); nie potrafią wyobrazić sobie sytuacji, kiedy członkowie rodziny będą chorować w różnym czasie; opłakują tych, którzy już odeszli,  bo znaleźli się w Anglii czy Ameryce, w nieodpowiednim czasie. Inni starają się żyć w pełni, pozwalając sobie na wszystko, co do tej pory uchodziło za niemoralne czy nieodpowiednie. Niektórzy świadomie wystawiają się na niebezpieczeństwo, bo przecież lepiej jest umrzeć po swojemu (bez tych krwawych wymiotów, biegunki czy osłabienia). Istnieje też grupa osób, które chcą się rozwijać i realizować marzenia, chociaż efektów swoich działań mogą już nie doczekać. Ludzie, mimo realnego zagrożenia, snują wielkie plany na rok czy dwa do przodu, bo niby są świadomi tego, co ich czeka, ale przecież nadzieja zawsze umiera ostatnia... Dlatego okręty podwodne wyruszają na misje badawcze, krowy nadal dają mleko, lekarze operują pacjentów, w sklepach można dostać zabawki a w knajpach alkohol. Pozorna normalność. W miasteczku życie toczy się prawie normalnym torem - prawie, bo dużo się mówi o śmierci, bo planuje się swoje odejście - ten moment, kiedy będzie już wiadomo, że nie ma odwrotu. O zagładzie mówi się często z uśmiechem, częściej z sarkazmem, rzadziej z bólem, chociaż zawsze towarzyszy temu pewne niedowierzanie. Pozorna normalność, bo przecież nie zdąży się już zostać matką, nie zobaczy swoich wnuków czy pierwszych kroków dziecka. Wreszcie pozorna, bo czas leczy rany, a miłość nie może kwitnąć, kiedy ból po stracie najbliższych jeszcze pali. 

A może prościej byłoby w ogóle nie przyjmować tego wszystkiego do wiadomości?


Zrozumienie

Tym, co zaskoczyło mnie w tej powieści, jest właśnie zrozumienie. Każdy jest w tej samej sytuacji, więc jakby na to nie spojrzeć, wszyscy chcą mniej więcej tego samego. Bohaterowie rozumieją, godząc się z wyborami pozostałych. Nikt nikogo nie strofuje, nie poucza, nie ma żadnych nakazów. Rzekłabym nawet, że wzajemnie umożliwiają sobie odejście, chociaż jeszcze nie nastał ten czas. Brzmi jak samowolka, ale, co zaskakuje, człowiek nie zamienia się w dzikie zwierzę, nie jest upodlony, nie krzywdzi innych. Człowiek w obliczu katastrofy pozostaje człowiekiem - dumnym, godnym, z zasadami. 


Zakończenie tej historii

Nie powiem Wam w żadnym wypadku, jak ta opowieść się kończy, bo może akurat wiatry nie przyniosą na wybrzeże promieniotwórczego pyłu? Może bohaterowie znajdą sposób na przedłużenie gatunku? A może po prostu odejdą, jak odeszli wszyscy inni? Na pewno warto się o tym przekonać osobiście. Zapewnię Was jedynie, że końcówka to prawdziwy wyciskacz łez, ale nie tylko! To przestroga dla nas wszystkich. I chociaż minęło już prawie 60 lat od ukazania się tej powieści, nadal potrafi ona wbić w fotel. Emocje, ach te emocje!