czwartek, 7 kwietnia 2016

Sztuka dorastania: "Szczygieł" D. Tartt

Opowiem Wam w kilku słowach o "Szczygle" autorstwa Donny Tartt. Książka uznana jako "największe wydarzenie literackie tej dekady", więc nie mogłam odmówić sobie tej przyjemności - przeczytałam!


Szczygieł autorstwa Donny Tartt zachwyca miliony, wszędzie o tej książce głośno, wszyscy na nią polują, jest na listach must read wielu czytelników. Skusiłam się, bo skoro ta, pożądana tak zachłannie przez innych, książka trafiła w moje łapki, to wstydem byłoby odkładanie jej lektury na później. Już samo stwierdzenie, że dzieło jest "największym wydarzeniem literackim tej dekady" działa jak lep na muchy - subtelnie wabi, by złapać i przytrzymać na dłużej.

Mam wielki problem z wielkimi tomiskami. Nie chodzi o to, że sobie z nimi nie radzę, że dłużej je czytam czy więcej ważą i ciężko je zmieścić w torebce. Nie, te czynniki nie robią na mnie wrażenia, bo żadna (nawet najbardziej opasła księga) mnie nie pokona! Problem tkwi w tym, że trudno jest napisać opasłe dzieło (tu 844 strony), które będzie porywać, ale tak ciągle i nieprzerwanie. Im większa ta nasza cegłówka, tym łatwiej o nierówność. Na pewno wiecie, co mam na myśli. 

Wydaje mi się, że autorzy czasem szaleją zupełnie niepotrzebnie, bo często historię można ująć w bardziej zwięzłej formie, co wcale nie umniejszyłoby ich wartość, wręcz przeciwnie - mogłyby dużo zyskać (na pewno większą rzeszę czytelników, których przeraża nieco tak wiele stron do przeczytania). Potem uzmysławiam sobie, że autorka pisała tę powieść kilka lat, więc pewnie stąd ta cegłówka, która zdobyła Nagrodę Pulitzera i Carnegie Medal... 

Ale do rzeczy. Język, styl, narracja potrafią zauroczyć. To takie muskanie treści, kosztowanie słowa i zatapianie się w świecie, który autorka podaje nam na tacy przystrojonej koronkową serwetką. To przestrzeń pełna dźwięku, koloru, sztuki - naszpikowana szczegółami, dokładna i dopracowana. Szczygieł to taka książka, którą można kontemplować - nie na jedną noc, ale na dłuższe posiedzenie, na co ma wpływ nie tylko liczba stron. Można się w niej zatopić, a nagłe zwroty akcji nie pozwalają się nam od niej oderwać. Wygląda to tak: dużo przemyśleń, emocji i uczuć, a potem wielkie bach i musimy podążać drogą - krętą i pełną zaułków.

To powieść drogi, historia życia młodego człowieka, który w zamachu traci matkę. Chłopak nie potrafi sobie tego wybaczyć - czuje się odpowiedzialny za jej śmierć, ponieważ to z jego powodu znaleźli się w nieodpowiednim miejscu, w nieodpowiednim czasie. Zanim jednak sam wydostanie się ze zrujnowanego muzeum, przywłaszcza sobie ulubiony obraz matki, który będzie odtąd jego talizmanem - symbolem utraconego życia, dzieciństwa, bezpieczeństwa. Domyślacie się pewnie, że kradzież dzieła sztuki to dość poważna sprawa? Zanim jednak obraz stanie się jego przekleństwem, Theo musi przebyć bardzo długą drogę. Chłopiec uczy się żyć bez ukochanej matki, musi stanąć w obliczu odrzucenia przez dziadków, musi poradzić sobie w nowej i niestety pełnej niesprawiedliwości i problemów rzeczywistości. Sztuka dorastania nie jest taka prosta. To powieść o losie, który bywa okrutny - miażdży w najmniej odpowiednim momencie.

Historia jest jednak banalna... Trochę tajemnicza, często smutna, czasem radosna. Pełna miłości, przyjaźni, ale też bólu i nienawiści.

Mam mieszane odczucia. Z jednej strony historia momentami okropnie mi się dłużyła - do tego stopnia, że byłam skłonna porzucić tę książkę. Z drugiej strony nie mogłam sobie na to pozwolić, bo chyba zeżarłaby mnie ciekawość, naprawdę chciałam wiedzieć, jakie granice przyjdzie bohaterowi przekroczyć, gdzie zaprowadzi go ta droga...  Na pewno nie żałuję, że przeczytałam Szczygła, ale wydaje mi się, że wspominałabym tę treść z większym entuzjazmem, gdyby mnie tak nie wymęczyła.