wtorek, 31 maja 2016

Wybawca czy rzeźnik?: "Ginekolodzy" J. Thorwald


Każda kobieta na jakimś etapie swojego życia - prędzej czy później - musi ściągnąć majtki. Chyba żadna tego nie lubi, ale mus to mus, czasem trzeba. Dziś idziemy do ginekologa z ufnością - wierzymy, że zaradzi naszym kobiecym problemom, ale nie zawsze tak było. Kiedyś kobieta liczyła po prostu na fart: uda się przeżyć, czy się nie uda- oto jest pytanie!




Słowem wstępu


Rzadko sięgam po literaturę medyczną, bo i po co? Jakoś nigdy nie ciągnęło mnie do rozkładania ciała ludzkiego na części pierwsze - taka wiedza jest mi do szczęścia niepotrzebna. A historia medycyny? Czy może ona w ogóle zainteresować zwykłego człowieka? Autor udowadnia, że owszem, a jego genezę ginekologii czyta się jak dobrą powieść grozy, z zapartym tchem.



Rodzić trzeba - przeżyć można


Na co dzień nie zastanawiamy się nad tym, dlaczego ginekologia przybrała taką formę, jaką znamy dziś (żeńska część publiczności z autopsji). Nie zaprzątamy sobie myśli pytaniami o wydarzenia, próby i postępy czy rolę przypadku w rozwoju tej dziedziny nauki. Sama nigdy o tym nie myślałam, bo i na co mi takie informacje? Okazuje się jednak, że to fascynująca historia, która potrafi poruszyć, przerazić, ale też rozbawić do łez.




Kiedyś było tak, na co ogromny wpływ miały nauki Kościoła, że kobieta służyła do rodzenia. Jej zadaniem było wydanie na świat potomka, a najlepiej kilkoro (czasem, licząc na sztuki, wychodziło ich około 24). Nie istniała antykoncepcja, a kiedy już zaczęła, wszelkie próby zapobiegania ciąży były żywo krytykowane - zabronione pod groźbą kary (na ziemi i w życiu wiecznym). 

Żyła sobie taka kobieta, która rodziła kolejne dzieci - bez znieczulenia oczywiście, ale to nic, bo i tak bywa. Jednak ta kobieta często rodziła rok po roku, a rozerwane w czasie pierwszego porodu narządy nie miały czasu się "zasklepić", bo żadnym szyciu nie było wtedy mowy.

Czasem brzuch kobiety rósł nawet wtedy, kiedy nie była w ciąży. Zamiast upragnionego (mniej lub bardziej) w kobiecie rosła sobie torbiel. Dziecko, wiadomo, nie służy utrzymaniu szczupłej figury, ale taka torbiel to dopiero wyzwanie! Dziecko ok. 4 kg, torbiel ok. 30 kg - to robi różnicę. Dla nas to nie do pomyślenia, ale cóż miała począć wtedy kobieta? Albo z tym żyła (krótko, bo krótko), albo pod nóż czy inny scyzoryk - wtedy żyła jeszcze krócej, chociaż cuda się zdarzały...

Dziś mamy opory przed ściągnięciem majtek w gabinecie, ale wyobraźcie sobie, że kiedyś kobiety badano w szopach, czasem - te zamożne - w domach. Lekarz na czworaka i koniecznie z zawiązanymi oczami podchodził do łoża pacjentki i badał "na oślep" pod kołdrą, gołym palcem i na dodatek niemytym, a wiadomo, że takiemu doktorowi zdarzało się czasem przeprowadzić wcześniej sekcję zwłok!

I trwały te kobiety pod tymi kołdrami, i badali je po omacku, i niewiele z tego wynikało, a dlaczego? Bo przecież o cnotę niewiasty trzeba dbać!



Silna płeć


Kobiety szły pod nóż chętnie, byle przeżyć, chociaż wiedziały, ze szanse są raczej marne. Często na jednej operacji się nie kończyło - wielokrotnie rozcinane, nigdy pod znieczuleniem, dogorywały sobie powoli lub nieco szybciej, jeśli miały szczęście... Czasem którejś udało się przeżyć...

Dziecko, przecież jest jeszcze dziecko! Czasem rodziło się zdrowe, czasem żyło  dłużej niż kilka dób. Na pewno bilans był zadowalający, bo mniej więcej połowa dawała jakoś radę, czasem mniej niż więcej. 

O wszystkim decydował przypadek, ale też wola życia i chęć do walki, bo jak tłumaczyć fakt, że jednak pacjentka potrafiła przeżyć trzy operacje, a inna odchodziła już przy pierwszej?

Polecam Wam tę książkę. Jest na pewno kontrowersyjna, mocna i bezpardonowa. To, co się działo kiedyś - w początkach ginekologii - jest dla nas oburzające, często niewyobrażalne i niestety absurdalne. Warto sięgnąć po "Ginekologów", bo nagle okazuje się, ze chociaż nie jest idealnie, kiedyś było tragicznie, więc możemy tu mówić o pewnym postępie. Naprawdę nie do pomyślenia jest to, że tylu kobietom udało się przeżyć te barbarzyńskie czasy, które (nie da się ukryć) wcale nie są tak bardzo odległe.

Czy można być wybawcą, nie korzystając z wiedzy rzeźników?