wtorek, 28 czerwca 2016

"Pandora" wybrakowana

Każdy dorosły wyrósł z dziecka, które miało szczęście. Ale w różnych czasach i w różnych miejscach zdarzało się, że tego szczęścia było jak na lekarstwo.



Słowem wstępu


Na Pandorę polowałam od chwili, kiedy się ukazała. Lubię takie nieco odjechane klimaty z paskudztwami w tle. Sama fabuła wydała mi się nad wyraz interesująca, więc nie mogło być inaczej - musiałam w końcu dorwać i przeczytać tę książkę. Teraz tak sobie myślę, że może lepiej, gdyby radosne oczekiwanie trwało nadal? Dawno nie byłam tak bardzo zawiedziona książką, a historię, którą uraczył mnie - Mike Carey - mogłabym streścić w jednym zdaniu (chociaż wielokrotnie złożonym). 

Na LC sprawdziłam ogólną ocenę tej książki i, co mnie naprawdę dziwi, jest ona bardzo wysoka: 8,05 (38 ocen i 14 opinii). Może gdyby była to pierwsza w mojej czytelniczej karierze książka tego typu, mogłabym odnieść się do niej bardziej przychylnie. Może, bo szczerze mówiąc, nie wiem, historia przecież nie stałaby się nagle ciekawsza czy bardziej złożona... Ale do rzeczy!


Świetny początek


Początek powieści zachwyca, ciekawi i porywa. Oto ona - dziesięcioletnia dziewczynka, która żyje jak zwierzę - trzymana w celi, przypinana do wózka szorstkimi pasami, karmiona raz w tygodniu ścierwem i regularnie odkażana. Melanie nie zna innego życia, swojego przeznaczania, ba! ona nawet nie zna prawdy o sobie. Żyje więc taka mała, słodka i niewinna z pozoru dziewuszka w niewielkiej kwadratowej celi i myśli: a to o życiu poza murami, a to o "głodnych" pożerających ludzi. Dziewczynka jest niezwykle inteligentna, chociaż na początku, czego jednak nie potrafi sobie przypomnieć, nie potrafiła mówić, a co dopiero myśleć. Trzymana jest w zamknięciu, a jej kontakt z ludźmi ogranicza się do widoku żołnierzy (ci potrafią naprawdę mocno zacisnąć pasy), badań (przeprowadzanych przez zaślepioną sławą lekarkę) i lekcji (wszystkie dzieci w klasie siedzą w wózkach, nieruchomo). Nawet w takich warunkach można nawiązać z kimś głębszą relację - Melanie przywiązuje się do jednej z nauczycielek, którą pragnie chronić za wszelką cenę i przed światem, i przed sobą.

I na tym oryginalność tej powieści się kończy. Wszystko pozostałe gdzieś już było - nosiło po prostu inną nazwę. "Głodnych" z czystym sumieniem możemy nazwać zombiakami, a wszystkiemu winny jest grzyb. Miasta się wyludniają - w ich miejscu zastaniemy jedynie martwe przestrzenie pełne zaatakowanych przez zarazę ludzi, którzy ze smakiem zatopiliby w kimś swoje nadgniłe już ząbki. 

I to wszystko... Niestety! Przecież bohatera dziecięcego można tak bardzo wymęczyć, tak dosadnie pokazać jego upadek, ból i beznadziejną sytuację, w której się znalazł, że po prostu żal - tego tu zabrakło, chociaż próby były.



Wymęczyłam


Książkę wymęczyłam, chociaż (poza świetnym początkiem) nie znalazłam w niej niczego, co zainteresowałaby mnie na dłużej. Brakowało, co było dla mnie zrozumiałe, paskudnych opisów - przecież jak zombie, to musi być obrzydliwie, a przynajmniej można sobie w takiej sytuacji na to pozwolić. Zabrakło mi porządnej akcji, z nagłymi zwrotami, pełnej zaskoczenia i takich szczegółów, które wbiłyby mnie w fotel. Zakończenie może i mnie zaskoczyło, ale niestety nie zainteresowało. Z bólem serca, bo lubię takie klimaty i nie wybrałam tej książki na chybił-trafił, muszę stwierdzić, że historia była po prostu nudna. Miała oczywiście potencjał, ale moim zdaniem został on zmarnowany, a prostota akcji naprawdę wprawiła mnie w osłupienie. Ma to też swoje plusy - jestem w stanie streścić tę opowieść w kilku słowach, ale czy o to chodzi? Chciałam czegoś więcej, jakiegoś drugiego, może nawet trzeciego wymiaru! Niestety!

Żeby było, że jestem całkiem na "NIE", bo nie jestem. Język powieści jest przyjemny w odbiorze - książkę czyta się szybko (i całe szczęście, bo przynajmniej nie czuję, jakby ten czas był kompletnie zmarnowany). Co mnie zdziwiło? Literówka już na drugiej (8) stronie - niestety nie była osamotniona, ale na to można przymknąć oko, bo całość  wyszła zgrabnie i przyjemnie.

Pomysł też był ciekawy - początek porywający, a wykorzystanie mitu o Pandorze udane. Autor wielokrotnie odnosił się do tej historii, więc można śmiało stwierdzić, że motyw  jest jakby spoiwem tej książki - od początku do samego końca, więc to na plus.

Wydaje mi się, że jeśli nie czytaliście jeszcze żadnej historii, w której byłaby mowa o zombie, to możecie spróbować z Pandorą. Nie twierdzę, że ta książka nikogo nie zainteresuje, bo przecież różne są gusta i guściki, a każdy odbiera treść osobiście, odnosząc ją do wcześniejszych  czytelniczych doświadczeń czy do zainteresowań. Mnie ta książka absolutnie nie porwała, ale życzę Wam przyjemnej i satysfakcjonującej lektury, bo w końcu te wysokie noty skądś się wzięły... Dlatego polecam tę książkę; nie odpuszczajcie, wyróbcie sobie własne zdanie na jej temat. Nie każdemu wszystko musi odpowiadać, a im więcej sprzecznych opinii, tym książka wydaje się ciekawsza :)

Tym razem nie pozostaje mi nic innego, jak się wyłamać i powiedzieć szczerze, że to nie to, nie dla mnie.

Planowałam nawet, na początku rozmrozić wątróbkę i zrobić krwawe i obrzydliwe zdjęcie, ale tu pasowałby bardziej flaki z olejem, a za tym nie przepadam, więc będzie bez finezji.




Ciekawi Pandory? A może już czytaliście i możemy na ten temat podyskutować? :)


Wyzwanie: Czytam, ile chcę