czwartek, 21 lipca 2016

Czytelnik - kłamliwa maszyna bez życia

Czytelniku, jesteś kłamcą, nołlajfem i bezmyślną maszyną do przerzucania stron. Czytasz dużo i szybko? Lepiej zatrzymaj tę informację dla siebie.





Dużo czytasz? Na pewno kłamiesz! 

Dziś kilka słów o tym, że czasem lepiej jest zachować pewne informacje dla siebie.


Jakiś czas temu na jednej z grup na FB pojawiła się ankieta z pytaniem o liczbę książek przeczytanych w pierwszym półroczu 2016 roku. Odpowiedzi do wyboru było sporo - od kilku, przez kilkadziesiąt, po kilkaset przeczytanych książek. Każdy kliknął, co mu się spodobało, a i miał okazję napisania kilku słów na ten temat. Komentarze pojawiły się różne, bo przecież każdy ma coś do powiedzenia, a ile głów, tyle opinii. Jedne były bardzo optymistyczne i budujące - użytkownicy z przyjemnością dzielili się liczbami, snuli plany i gratulowali innym tak owocnego półrocza. Jednak, jak to w dużej grupie bywa, pojawiły się i takie komentarze, które wywołały dyskusję. Głosy dotyczyły przede wszystkim tego, że przeczytanie ponad 100 książek w tak krótkim czasie, jest niemożliwe, a osoby, które zaznaczyły w ankiecie tę właśnie odpowiedź, z pewnością trochę się zagalopowały, bo przecież: książki dla dzieci się nie liczą, książki kucharskie to nie książki, a poza tym książka jest książce nierówna, więc niektórzy powinni się z tymi swoimi liczbami schować, bo wstyd tak kłamać!


Każdy swoją miarą


Ludzie nie wierzą i za wszelką cenę starają się udowodnić, że przeczytanie tak dużej liczby książek to jakaś pomyłka, blef i kłamstwo. Dlaczego kłamiecie, drodzy czytelnicy? Przecież to niemożliwe, skoro ja tak nie potrafię... Nie wiem, skąd w czytelnikach tyle zawiści, zazdrości i niedowierzania... Czy nie lepiej pogratulować osobie, która może się pochwalić zdolnością przeczytania 300 stron w godzinę (ta odpowiedź zrobiła na mnie wrażenie - ja nie potrafię przeczytać strony, rzucając na nią dwukrotnie wzrokiem, ale są tacy, którzy tę umiejętność mają opanowaną!) albo uśmiechnąć się do kogoś, kto czyta 2-4 książki w ciągu dnia, niż za wszelką cenę starając się ją stłamsić? To przecież niemożliwe!

Umiejętność szybkiego czytania skojarzona została z czytaniem bezmyślnym - książki, które ktoś pochłania błyskawicznie, z pewnością nie zostały zrozumiane, co więcej - taki czytelnik na pewno nie jest w stanie nakreślić nawet fabuły! Ale czy "szybko" jest równoważne z "niedbale"? Powiem Wam, że absolutnie się z tym stwierdzeniem nie zgodzę - każdy czyta we własnym tempie i tak też przyswaja treści. Jeśli więc potrzebujecie więcej czasu na zapoznanie się z historią, nie oznacza to, że wszyscy wokół i każdy z osobna potrzebuje go tyle samo...

Dwie książki równocześnie? Na pewno mieszasz fakty! Kolejne stwierdzenie, które mnie rozbawiło. Rozumiem potrzebę czytania jednej książki - dobrze jest wkręcić się w jedną historię, którą poznaje się od początku do końca i tylko na niej skupia swoje myśli - oczywiście, większość czytelników tak ma, co jest zrozumiałe. Są jednak i tacy, którzy czytają kilka książek, przeplatając sobie historie. Mnie samej zdarza się zaglądać równocześnie do dwóch - jedna w wersji papierowej, druga na czytniku - czytam w różnych warunkach, czytam wszędzie, więc i nośnik dobieram odpowiednio do sytuacji. Większej ilości nie przyjmuję, ale czy to oznacza, że ktoś inny nie ma prawa czytać czterech czy pięciu historii? Ma i, co więcej, jeśli taki jego styl, to z pewnością świetnie się w nich odnajduje. Dlaczego nie możemy zrozumieć, że ludzie są różni?

Do wspomnianej grupy należą różni członkowie - jedni (tak jak ja) mają pewne doświadczenie w obcowaniu ze słowem pisanym - na polonistyce nas nie oszczędzali, więc chcąc nie chcąc, musiałam opanować szybkie i rozumne przyjmowanie tekstów; inni czytają od zawsze, dla przyjemności, w wolnych chwilach, a zabawa pomaga im usystematyzować to, co i tak robią; pozostali podjęli to wyzwanie, żeby zmotywować się do sięgnięcia po książki w ogóle - to osoby, które do tej pory nie czytały, ale teraz chcą i chwała im za to, jednak czy konieczne jest porównywanie swoich wyników z czyimiś? 

Ty nołlajfie!


Myślicie, że nie można pogodzić czytania z życiem? Otóż można i to wcale nie jest takie trudne, jakby się mogło początkowo wydawać. Wszystko bowiem zależy od zdolności organizacyjnych, po prostu. Osoby, które dużo czytają (przynajmniej większość) też mają znajomych, z którymi się spotykają, mają dzieci, którymi się zajmują, mają inne niż czytanie pasje, którym oddają się w wolnej chwili. Po co jednak spojrzeć na ten temat szerzej, skoro można rzucić komuś w twarz, że jest "nołlajfem", więc jego wyniki są, jakie są? 

Czytanie można wpleść w swoją codzienność bez szkody dla otoczenia, naprawdę. Ludzie czytają zawsze i wszędzie - w pociągach, w autobusach, w poczekalniach; wieczorami, w ciągu dnia, w nocy. Jest tyle możliwości, że wydaje mi się, iż każdy (bez względu na zabieganie) jest w stanie poświęcić chwilę na lekturę. Ja czytam w nocy - niewiele śpię, więc czymś ten czas sobie wypełniam. Mogłabym obejrzeć w tym czasie film (albo pięć), ale mam po prostu inne priorytety. W ciągu dnia mam co robić, serio, to nie jest tak, że od rana do wieczora ślęczę z nosem w książce - popracuję, ogarnę dom, spotkam się ze znajomymi, a to wszystko pogodzę z macierzyństwem. Da się, tylko trzeba chcieć... I uwierzcie, że ja to jeszcze nic, bo są tacy, którzy czytają o wiele więcej i o wiele szybciej - brawa dla nich. I nawet jeśli rezygnują z czegoś, żeby poczytać, to mają do tego prawo.

Niestety, takie wywody nie ograniczają się jedynie do internetów. Często rozmawiam z uczniami gimnazjum oraz z licealistami, którzy po prostu wstydzą się czytania - oczywiście zadanej lektury trudno uniknąć, więc chcąc nie chcąc, czasem trzeba się do tego zmusić, ale są też tacy, którzy czytają dla przyjemności i niestety czują się wyobcowani, szykanowani i kompletnie niezrozumiali przez otoczenie. Nie rozumiem takiego podejścia, bo kiedy ja się uczyłam (chociaż gimnazjum mnie ominęło), nikt się nie patyczkował - kto chciał, to czytał i nikomu nic do tego... Nie było też takich (może po prostu nie spotkałam się z podobnym zachowaniem), którzy gnębiliby czytających - wiadomo, ktoś tam rzucił, że inny jest kujonem, ale żeby wyśmiewać? Nóż mi się w kieszeni otwiera, gdy słyszę takie rewelacje...


Liczbowe przepychanki


Zastanawia mnie jedno, po co w ogóle angażować się w takie dyskusje, które nie wnoszą niczego konkretnego do życia? Przyznajmy szczerze, że nie jesteśmy w stanie udowodnić nikomu, że mamy na koncie tyle i tyle, że ta czy inna książka faktycznie została przez nas przeczytana. Ale czy musimy komukolwiek cokolwiek udowadniać? 

Grupa powstała w jednym celu - to szeroko pojęta promocja czytelnictwa, a wszelkie działania podejmowane przez założyciela, mają na celu po prostu zmobilizować ludzi do czytania. To piękna inicjatywa, bo wiele osób uznało, że skoro tylu daje radę, to i oni spróbują podołać temu wyzwaniu. Jedna książka tygodniowo? To się da! Tyle że liczby nie mają tu w ogóle znaczenia - liczy się samo czytanie, tak po prostu, dla siebie, a ile człowiek przeczyta? Oczywiście tyle, ile jest w stanie przeczytać. Nie rozumiem tych wyścigów, przepychanek i oskarżeń, bo przecież każdy z nas jest inny - czytamy w różnym tempie, w różnych okolicznościach, mamy swoje obowiązki i, co ważne, każdy ma jakieś priorytety - jedni wolą spędzić godzinkę przy serialu, inni z lekturą w łapkach; część podziwia widoki przez szybę autobusu, pozostali wciskają nos w książkę.

Przykro mi, kiedy czytam takie wypowiedzi, naprawdę. Już pomijając brak wiary w czyjeś możliwości, wrzucanie kogoś do wielkiego wora ze smutnymi, opuszczonymi ludźmi, którzy mają tak przykre życie, że nie pozostaje im nic innego, jak czytać, zarzucając komuś kłamstwo, które ma służyć dowartościowaniu się (?)... Pomijając to wszystko, jestem pod wrażeniem tego, jak wiele emocji wywołują książki, jak tak wielkie dobro może być powodem tak głębokiej zawiści... Wyzwanie, które każdy podejmuje dla siebie, powinno być zabawą, powinno motywować do działania, otworzyć oczy na inne możliwości - to sprawdzenie siebie, swojej zdolności organizacji i nabywanie biegłości.

Kochani, liczby liczbami, ale to nie one są ważne, serio - tak naprawdę nie ma znaczenia to, ile przeczytacie książek, bo wiadomo, że każdy jest inny, każdy ma też inne możliwości i różne są sytuacje. Najważniejsze  jest to, żeby czytać w ogóle, ale nie dla kogoś, nie po coś, nie dla liczb, pochwał, ale dla siebie - w końcu literatura ma nam dostarczyć rozrywki... A jeśli ktoś sobie liczy? A niech liczy! Komu tym liczenie robi krzywdę?

Po co to wszystko? Po mnie to spłynie, ja swoim czytelniczych nawyków nie zmienię. Jestem otwarta na kulturalną dyskusję, ale nie dam się wciągnąć w bezmyślne przepychanki. Są jednak tacy, których to dotknie - do żywego - czy naprawdę warto zrobić komuś przykrość? Smuci mnie to, że czytanie, które powinno poszerzać horyzonty, które kojarzy się od zawsze z kulturą słowa, potrafi zakorzenić w ludziach tyle negatywnych emocji... Może więc zamiast rzucać jadem na wszystkie strony, wdawać się w bezsensowne dyskusje, lepiej sięgnąć po książkę? Sama się nie przeczyta ;)


Na koniec dodam, dlaczego w ogóle zdecydowałam się na ten wpis. Nie biorę udziału w takich przepychankach, jeśli mam coś do powiedzenia, robię to w sposób kulturalny, jeśli nie mam - milczę. Jednak ta sytuacja dotknęła mnie osobiście - ktoś nie omieszkał do mnie napisać, nazwać "kłamliwą suką, która lubi się pochwalić, a pewnie gówno czyta" oraz "powinnaś się pasztecie zająć się dzieckiem". Kto do mnie napisał? Matka, kobieta z wykształceniem, mniej więcej w moim wieku... Uznałam, że każdy z nas jest inny, a niektórym nawet czytanie nie pomoże zmienić podejścia do życia, do ludzi i nawet najlepsza książka nie nauczy chama kultury... 


Ślicznie dziękuję wszystkim, którzy podali mi wczoraj swoją liczbę :) 

Życzę Wam wszystkim zaczytanego drugiego półrocza 
i gratuluję każdej książki, którą macie za sobą (albo w sobie) :)