piątek, 8 lipca 2016

Domowy armagedon na wesoło: "Awaria małżeńska"


Życie to nie wyścig, w którym gonimy idealną wizję samych siebie. To również wpadki, błędy i drobne pomyłki. Warto pamiętać o jednym: nadmiar słodyczy potrafi w końcu zemdlić. Nadmiar doskonałości również.



Słowem wstępu


Na początku może warto wyjaśnić, z jakiego powodu w ogóle sięgnęłam po tę książkę, bo przyznam, że sama, z własnej inicjatywy nie porwałabym się na taki krok. Wraz z dziewczynami z klubu książki zwanego "Przeczytaj & podaj dalej" (nazwę zapewne kojarzycie z wielką międzyblogową akcją wymiany książek) postanowiłyśmy, że to właśnie Awaria małżeńska autorstwa Nataszy Sochy i Magdaleny Witkiewicz zostanie książką lipca. Wszystkie czytamy (oczywiście musu nie ma), a za jakiś czas będziemy toczyć boje i wielce kulturalne dyskusje na jej temat. Przyznam, że sama głosowałam na tę opowieść, bo wiem, że ten krok mnie niejako zmotywował do jej przeczytania. Nie zamykam się na żadne gatunki, zatem, co mi tam! Książka przeczytana, więc już dziś mogę się z Wami podzielić kilkoma spostrzeżeniami na temat tej historii.


Domowy armagedon


Cóż począć, kiedy nagle świat staje na głowie? No, może nie dosłownie, ale na pewno na tyle gwałtownie, by zwalić Was z nóg i unieruchomić na dłuższy czas. 

Wyobraźcie sobie, że nagle trafiacie do szpitala - sprawa jest dość poważna, bo w końcu pogruchotane kości to nic przyjemnego. Macie dzieci? Jeśli tak, to łatwiej będzie Wam wejść w tę sytuację. Otóż, Wy trafiacie na oddział, ale świat kręci się dalej. Reszta musi sobie jakoś radzić. A ta reszta to Wasz mąż, który musi ogarnąć: dzieci, dom, szkołę, pracę, pranie, gotowanie, przedszkole, prasowanie i wszystkie te czynności, którymi Wy paracie się na co dzień. Brzmi nieco przerażająco, nieprawdaż? W tym miejscu nasuwa się pytanie: na ile ufamy naszym mężom? I nie, nie chodzi tu bynajmniej o zdradę, ale o wiarę w ich możliwości.



Wyczytałem kiedyś, że kobieta jest jak otwarta książka.
Wprawdzie o fizyce kwantowej i po chińsku, ale otwarta (...)


Drogie Panie, zastanówmy się nad celowością komunikacji w małżeństwie; komunikacji damsko-męskiej w ogóle. Zdarza się Wam zapytać męża, czy coś zrobi, a zanim ten zdąży zareagować, ze złością bierzecie się za to same? A może robicie w domu tak wiele, odrzucając świadomie możliwość przyjęcia pomocy od kogokolwiek, że śmiało można nazwać Wasze działania samobiczowaniem? Często staramy się być najbardziej zaangażowane, najlepiej zorganizowane, a całemu światu pragniemy udowodnić, że jesteśmy niezastąpione. I tak, faktycznie po części tak właśnie jest, bo wciąż z uporem o to zabiegamy. Wiecie, co się mówi o nadgorliwości... Wiadomo, że obowiązki są po to, żeby je wypełniać, no i każdy jest za coś odpowiedzialny, ale tak sobie myślę, że czasem warto wyjść z tego malutkiego światka i spojrzeć na życie z boku. Każdej matce, kobiecie, małżonce przydałby się taki zimny prysznic, tzn. niekoniecznie ze złamaniem w tle, ale jak inaczej zatrzymać kobietę z misją, jeśli nie unieruchamiając ją w szpitalnym łóżku?

Drodzy Panowie, teraz coś specjalnie dla Was, bo wiem, że również tu bywacie i, żeby nie było, że jestem takim potworem i dodatkowo jeszcze demonizuję całą sytuację. Mam dwa pytania:
  1. Czy wiecie, jak wygląda kolor amarantowy?
  2. Czy znacie magiczny trik na uśpienie Furby'iego? 
Jestem ciekawa Waszych odpowiedzi, bo wiecie - ja wiem!

W Awarii małżeńskiej to panowie odgrywają, mimowolnie, główne role. Kobiety mogą przyglądać się z uwagą i oczywiście z pewną obawą ich poczynaniom, a nie da się zaprzeczyć, że będzie się działo! Człowiek jest taką elastyczną istotą, która potrafi się dopasować do każdych warunków, jak się okazuje mężczyzna to też człowiek, tylko to dopasowanie trwa u niego ciut dłużej. Może nie widzi oczywistości (sceny z udziałem Dżesiki z pewnością Was rozbawią), może czasem coś przekręci (kruk?), może nawet zadziała impulsywnie i bezmyślnie, bo czasem warto sprawdzić, do której klasy posłało się dziecko, ale czy to wszystko jest ważne? Czy tylko jeden sposób działania jest poprawny? Okazuje się, że nie i - co wprawia w konsternację - może się okazać, że to nasze kobiece metody sprawdzają się tu nieco gorzej!


Ale to nie tylko poważne kryzysy, takie jak zdrada czy chorobliwa zazdrość, rozbijają związek. Miłość skutecznie wychładzają drobnostki, codzienność i rutyna, z którą nie potrafimy sobie poradzić. A kiedy nasz związek w końcu się rozpada, rozkładamy ze zdziwienia ręce - jak to się stało?


Awaria małżeńska traktuje przede wszystkim o relacjach między ludźmi, które z czasem, niepielęgnowane, blakną, aż w końcu pozostaje po nich tylko wspomnienie. Jeśli szara i nudna proza życia wkradła się również do Waszego związku, to wiedzcie, że nigdy nie jest za późno - lepiej czasem schować dumę do kieszeni, niż obudzić się nagle z ręką w nocniku. Tu wszystko zaczęło się od przejechanego kota. Nie namawiam Was, co prawda, do polowania na małe żyjątka, ale wiecie, od czegoś trzeba zacząć i, jak się okazuje, każdy powód jest dobry ;)


Żartobliwie, ale z przesłaniem


Awaria małżeńska to lekka lektura - idealna na lato, na jesienną pluchę, zimowe posiedzenie pod kocykiem, ale też na wiosenne przesilenie. Potrafi rozbawić, ale zmusi też to zastanowienia się nad sobą, przy czym nie jest to mus nachalny, ale subtelny. Katharsis nie będzie, olśnienia również, ale z tej opowieści można wyciągnąć coś dla siebie.

To oczywiście powieść skierowana do kobiet, ale po tak od razu szufladkować? Wydaje mi się, że każdy żonaty facet, który potrafi się zdystansować, może podejść do tej lektury, a nawet wyczytać coś między wierszami. Panowie, pamiętajcie, otwarty umysł to podstawa. Historia jest oczywiście lekko przerysowana, a bohaterowie mocno przejaskrawieni (mam szczerą nadzieję, że Mateusz i Sebastian to zlepek różnych stereotypów - błagam, niech oni jednak nie mają swoich pierwowzorów w rzeczywistości!), ale właśnie to nadaje jej smaczku - czy macie na tyle odwagi, żeby wziąć to na klatę? 

Przyznaję, że sama nie sięgnęłabym po Awarię małżeńską, ale też nie brałam pod uwagę tego, że dam się wciągnąć w tę aferę. Nie było rozczarowania, bo nie oczekiwałam cudów na kiju; skłaniam się raczej ku miłej niespodziance - było lekko i przyjemnie, czasem zabawnie, rzadko poważniej. Nawet taka żądna krwi i mocnych treści czytelniczka jak ja, znalazła w tej opowieści bardzo wiele dobra! 

Odłóżcie zatem te brudne gary, mopy i szmaty do podłogi - zróbcie sobie chwilę przerwy na Awarię małżeńską - dom poczeka, a Wy może w tym czasie uznacie, że nie tędy droga.

Skusicie się? A może już przeczytana i tylko ja tak stronię od polskiej powieści obyczajowej?



Wyzwanie: Czytam, ile chcę