wtorek, 26 lipca 2016

"Drzewo migdałowe": O nienawiści bez banału

Dobre rzeczy utrudniają wybór, złe rzeczy nie pozostawiają wyboru.



Drzewo migdałowe autorstwa Michelle Cohen Corasanti trafiło do mnie przypadkiem; pewnie zrozumiecie, kiedy wspomnę, że wyszłam do sklepu do bułki… 

Nie wiem, czego oczekiwałam po tej książce, ale wiem, co otrzymałam – wspaniałą, pełną smutku, ale i nadziei historię o przewrotności ludzkiego losu. Brzmi banalnie, ale wierzcie mi, kiedy opowieść wkracza na grunt stosunków palestyńsko-izraelskich, nie może być mowy o sztampowości.


Nienawiść z urzędu

Nienawiść to taka zaraza, która rozprzestrzenia się szybko, skutecznie i niestety bezmyślnie. Wojna jest zarazą - daje przyzwolenie na nienawiść z urzędu, a kiedy już raz wpadnie się w ten zaklęty krąg, trudno się z niego wyrwać. Można, owszem, ale jakikolwiek ruch wymaga nie tylko zaawansowanej empatii, ale również niesamowitej odwagi, trudno jest bowiem współistnieć w zgodzie z wrogiem, kiedy nawet bliscy odwracają się do "zdrajcy" plecami, a żeby zostać zdrajcą wiele nie trzeba - wystarczy rozmowa, jeden uśmiech, szybsze bicie serca... Czy wśród nienawiści może zakiełkować przyjaźń? Czy miłość potrafi przekraczać granice? Wszystko jest możliwe, nawet w niespokojnych czasach, ale wszystko ma swoją cenę...

Dobre rzeczy utrudniają wybór, złe rzeczy nie pozostawiają wyboru.
Drzewo migdałowe rozpoczyna się bardzo mocnym akcentem - tak wstrząsającym, że trudno się do tego wstępu ze spokojem ustosunkować. Potem wcale nie jest inaczej, bo chociaż mniej krwawo, bywa bardzo dramatycznie. Czytając tę książkę, zastanawiałam się nad tym, ile jest w stanie znieść człowiek, który musi znosić wszystko. Rozmyślałam nad tym, ile trzeba, aby przelała się czara goryczy... Autorka spuściła na palestyńską rodzinę mroczną zasłonę - wszystko to, co w wojnie najgorsze: naderwała silne więzy rodzinne, odmówiła prawa do życia, którym rządzi przypadek, pozbawiła spokoju i poczucia bezpieczeństwa. Jednak w ten cały bezsens i tragizm wplotła zgrabnie szansę na lepsze życie, wskazała drogę, którą utorować może to, co powinno być ponad wszelkimi konfliktami: naukę, przyjaźń i miłość. Czasem wystarczy zrobić jeden mały, chybotliwy krok, który wprawi ciało w bieg. Nabierając rozpędu, można zajść dalej, ale upadek bywa wtedy bardziej bolesny.


Nie możesz cofnąć czasu i zacząć wszystkiego od nowa,
ale możesz od tej chwili tworzyć nowe zakończenie.

Palestyński narrator i żydowska autorka


To nie mogło się udać, a jednak Corasanti napisała wspaniałą, pełną empatii powieść, czyniąc głównym bohaterem - narratorem - młodego Palestyńczyka, który prowadzi czytelnika do wielkiego finału przez ponad pięć dekad swojego życia. 

Obawiałam się tej historii, jednak źródłem moich obaw nie był sam konflikt. Miałam szczerą nadzieję, że książka nie będzie przesiąknięta ideologią i polityką. Jest, ale autorka wplotła te czynniki w powieść gładko, czyniąc je raczej tłem dla opowieści o życiu niż jego sednem. Przyznam, że nawet, jeśli w historii pojawiły się takie polityczne wycieczki, to nie przeszkadzają one w czytaniu, wręcz przeciwnie - nadają mu tempa i smaku, gorzkiego smaku...

Powieść czyta się szybko, a każdy kolejny rozdział naznaczony jest ludzką tragedią - czasem zastanawiamy się nad tym, w jaki sposób jedna rodzina radzi sobie z uniesieniem tak wielkiego zła, jak to się dzieje, że jeszcze się nie poddała? Dla nas - współczesnych - te kryzysy bywają często abstrakcyjne, zachowania czasem niezrozumiałe, a podejmowane decyzje niezgodne z naszym wyobrażeniem, ale czy nie jest tak, że człowiek to istota elastyczna, która potrafi dostosować się do każdych warunków?

Na uwagę zasługuje dodatkowo wspaniale zaprezentowane tło kulturowe - praca, edukacja, zaręczyny i śluby, wychowywanie dzieci, więzy rodzinne i panujące w domach zasady, wiara w "alternatywne" sposoby leczenia. Wszystko to, i więcej, znajdziecie na kartach Drzewa migdałowego

Drzewo migdałowe nie jest powieścią lekką, chociaż czyta się ją z niebywałą łatwością; to historia pełna bólu i strachu, ale też będąca takim małym promyczkiem nadziei wśród wszechobecnej beznadziei. Nigdy nie wiadomo, co przyniesie jutro - przyszłość jest niepewna - ale to właśnie dziś jest czas na działanie, na zasadzenie małego ziarenka przebaczenia, które będzie miało szansę wyrosnąć na wielkie, mocne drzewo.


Skusicie się?