środa, 6 lipca 2016

Futurystyczna Japonia podzielona: "Takeshi: Cień Śmierci"

To jest film, który zawsze chciałam napisać




Słowem wstępu

Twórczość Mai Lidii Kossakowskiej nie jest mi obca. Przeczytałam już angel fantasy w jej wydaniu (o Żarnach niebios, które są doskonałym wstępem do cyklu o Obrońcach Królestwa przeczytacie -->tutaj<--), zaznajomiłam się z Rudą sforą, zatonęłam w Zakonie Krańca Świata, odbyłam podróż z cyklem Upiór Południa, połknęłam nawet (co rzadko mi się zdarza) opowiadania - Więzy krwi. Widać, że lubię, prawda? W kolejce czeka na mnie jeszcze galaktyczna podróż - Giblartar Galaktyka. Najpierw jednak zdecydowałam się na przechadzkę po futurystycznej Japonii - padło na książkę Takeshi. Cień Śmierci. Prawdę mówiąc, nie wiem, czy prędko skuszę się na drugi tom tej powieści, ale pewnie tak - w końcu trzeba wyczytać te moje domowe zapasy...


Japonia inaczej

Autorka przedstawiła nam w Takeshim dość intrygujący obraz futurystycznej Japonii. Daleko jej do współczesności, chociaż pojawiają się tu pewne elementy początkowo dla nas niezrozumiałe, nieznane. Już na pierwszych stronach czytamy o biomasie (czymkolwiek ona jest) czy o wozie, który wydaje się mieć duszę, potem spoglądamy z zaciekawieniem na holoportrety czy z pewną obawą próbujemy sobie wybobrażać biostrwory. Jednak cała historia sięga głębiej - wchodzimy w czas, kiedy to mieczem zdobywa się władzę, posłuch i szacunek, przy czym warto zaznaczyć, że ta walka na miecze wspomagana jest często bronią maszynową - takie poplątanie. W tej nowej, nieco enigmatycznej, mocno zamkniętej przestrzeni funkcjonują klany i zakony, które szkolą w sztuce walki, dyplomacji czy alchemii sieroty, dzieci wykupione oraz te, w których zamieszkuje pradawny demon, więc w sumie ich los przypieczętowany jest z góry. Wśród tych wszystkich tajemniczych, okrytych magiczną poświatą niezwykłości, żyją ludzie przeciętni - ot, pastuszek czy sprzedawca klusek, ale też jednostki uprzywilejowane wraz z całymi rodzinami - potocznie nazwalibyśmy ich władzą okręgu.

Głównym bohaterem tej opowieści jest tytułowy Takeshi - niebezpieczny, doskonale wyszkolony przez Zakon Czarnej Wody wojownik. Czym się wyróżnia? Otóż ta żywa maszyna do zabijania musiała opuścić szeregi organizacji, która go wychowała - odtąd ukrywa się, odgrywając (przeważnie) wiejskiego przygłupa. Wiadomo jednak, że los w końcu się o niego upomni, a mężczyzna, który dotąd potrafił pozostać niezauważony, w końcu będzie musiał stanąć do walki z przeszłością i może nawet uda mu się wygrać jakąś przyszłość, chociaż nikt nie wróży mu spokojnego życia w chwale i dostatku.

Jak się wkręcić?

Przyznam szczerze, że mimo całej mojej sympatii dla prozy, którą do tej pory zaserwowała Kossakowska, tu kompletnie nie potrafiłam wbić się w klimat. Próbowałam - naprawdę! - skupić się na imionach, odkrywać kolejne tajemnice, zapamiętać te wszystkie zakony i ich przymioty... Bardzo chciałam być uczestnikiem tej historii, ale nie wyszło.

O ile sama opowieść jest ciekawa - pomysł naprawdę bardzo mi się spodobał, o tyle całokształt zbił mnie z tropu, zdecydowanie. Nie mogłam wyłuskać z tej książki tak wielkiego dobra, jakiego oczekiwałam - wątki zmieniały się dynamicznie (o tak, na dynamizm tu nie ma co narzekać - tempo jest na poziomie), często gubiłam się w tej historii, wracałam, kartkowałam, żeby przypomnieć sobie choćby imię bohatera. Niestety czytanie nie wyszło mi - jak to mam w zwyczaju - płynnie, ale ciągnęłam tę opowieść przez blisko tydzień i wydaje mi się, że gdyby to nie był twór jednej z moich ulubionych autorek, to porzuciłabym tę książkę wielokrotnie.

Na pewno jej ogromną zaletą jest język - często kolokwialny, czasem ocierający się o wulgaryzm - gładki, sprawnie wmanewrowany w sytuację - ociekający słodyczą, kiedy trzeba i cuchnący zgniłym mięchem w odpowiedniej chwili.

Sama autorka napisała coś, co zmusiło mnie do zastanowienia się nad tą treścią, a na co początkowo nie zwróciłam w ogóle uwagi:

"To jest film, który zawsze chciałam napisać"

Po lekturze wróciłam do tego cytatu i przyznam, że tak - film byłby z tego doskonały i, patrząc na tę treść w ten właśnie sposób, ciekawią mnie dalsze losy Taheshiego, Haru (zakochanej po uszy nastolatki - księżniczki wiejskiej, która pragnie życia u boku swego wspaniałego wojownika), Fumiko (mającej wspólną przeszłość z Cieniem, a może też kawałek przyszłości?) czy Reima (mnicha, który sam nie wie, czy jeszcze jest człowiekiem czy może już nie do końca).

Trochę obawiam się tego drugiego tomu, szczerze. Nie wiem, czym autorka mogłaby wypełnić jeszcze tę nietuzinkową przestrzeń, którą i tak trudno mi ogarnąć. Zapowiada się ciekawie, bo ostatnia scena niczego nie wyjaśnia (albo całkiem niewiele), pozostawiając czytelnika w lekkim osłupieniu i z takim błądzącym pytaniem na ustach: Co było dalej?

Czytaliście może? Skusicie się, czy to raczej nie są Wasze klimaty?