sobota, 16 lipca 2016

"Małe życie" i spore zamieszanie


(...) bez względu na to, co się zniszczyło, życie układa się na nowo, by zrekompensować nam stratę, niekiedy w sposób cudowny.


Małe życie robi ostatnio spore zamieszanie - jest wszędzie, wszyscy zamawiają i większość sobie chwali, okrzykując tę powieść mianem wyjątkowej, często wręcz doskonałej. Skusiłam się i ja, po rozmowie z przyjacielem. Już samo to powinno być dla mnie ostrzeżeniem, bo z moim przyjacielem to jest tak: jeśli jemu coś się podoba, to mi zapewne nie przypadnie do gustu, ale jeśli on jest zawiedziony, to mam szansę na dobrą lekturę. Tu był niepewny, no i ja jestem niepewna swoich odczuć. Spotkaliśmy się w jednym punkcie, co zdarza nam się naprawdę bardzo rzadko.

Siła przyjaźni

Małe życie to przede wszystkim książka o przyjaźni. Poznajemy czterech młodych mężczyzn, którzy są sobie niezwykle bliscy - ich uczucia są często przesłodzone, czasem nawet maniakalne. Dbają o siebie, kochają się, jeden pomaga drugiemu, są dla siebie niezwykle ważni. 

Akcja rozgrywa się w Nowym Jorku, ale nie wierzcie w zapewnienia, że odnajdziecie w tej powieści smaczki z wielkomiejskiego życia. Co prawda poznajemy świat sztuki (JB), wielkiego aktora (Willem), chłopaka, który jest czarnoskóry i chyba tylko tym się wśród wszystkich wyróżnia (Malcom) oraz świetnego prawnika (Jude), ale to tyle...

Początkowo wszyscy mają w tej historii swoje miejsce i, czytając, odnosimy wrażenie, że o tym będzie ta opowieść; dostaniemy cztery różne żywoty, które splatają się w jedno, a każdy z nich jest wyjątkowy i jedyny w swoim rodzaju. Jednak im dalej posuwa się akcja, tym bardziej utwierdzamy się w przekonaniu, że to historia jednego człowieka, a reszta stanowi jedynie tło wydarzeń, chociaż (niewątpliwie) dość istotne. 

Główny bohater (Jude) jest niepełnosprawny. Chłopak ma problemy z nogami i ze sobą - maniakalnie się kaleczy, bo nie potrafi inaczej, a każdy ślad, który zostawia na swoim ciele, pozwala mu "panować nad swoim życiem" - to daje mu kontrolę. Na szczęście ma przyjaciół, którzy rozumieją!, że taki już jest, więc podchodzą z dystansem do jego upodobań. Och, i co Wam będę więcej mówić - on się powoli stacza, na co ma wpływ jego przekonanie, że szczęście mu się nie należy, więc robi coraz więcej głupich rzeczy, a jego przyjaciele i rodzina (o której w młodości mógłby jedynie marzyć) martwią się coraz bardziej. Nikt jednak początkowo nie działa - wszyscy klepią biednego mężczyznę po główce i użalają się nad nim... Jest kochany, zasługuje (zdaniem całego niemal świata) na miłość, a jednak coś mu z tym szczęściem nie wychodzi - albo trafia na złych ludzi (matko, autorka zrzuciła na tego biednego chłopa całe zło tego świata), albo są przy nim wspaniałe osoby, które chcą mu uchylić nieba, a on nic...

I tak się kręci to jego (ich) życie. Poznajemy bohaterów w wieku około dwudziestu lat (nieco powyżej) i przez ponad trzy dekady obserwujemy rozwój sytuacji: karierę, miłość, kryzysy w przyjaźni, relacje z rodziną, a wszystko to owiane jest tajemnicą z przeszłości, którą Jude pielęgnuje, głęboko skrywa i codziennie przeżywa na nowo... 

W powieści nie zbrakło również wątku homoseksualnego, co jednak zasługuje na uwagę, to fakt, że poprowadzony został z wyczuciem. Możecie się jednak spodziewać, że czeka Was tu coś więcej niż piękny obraz miłości, coś paskudnego.

Życie się wlecze


Chciałabym napisać, że jestem zachwycona historią i zachłysnęłam się artyzmem, ale nie mogę. Książkę doczytałam, ale wymęczyłam, będąc jednak pod wrażeniem. Czego? Zawsze zastanawia mnie, po co autorzy szaleją i porywają się na takie cegłówki, kiedy ta historia byłaby o wiele bardziej zjadliwa, wręcz apetyczna, gdyby skrócić ją o połowę... 

Małe życie z pewnością nie jest powieścią, którą można połknąć w jeden czy w dwa wieczory; to lektura na dłużej, którą odkłada się po wielkiej dawce nudy naszpikowanej mnóstwem szczegółów, by potem jednym tchem przeczytać kilka wstrząsających lub niezwykle poruszających scen. 

Z pewnością na uwagę zasługuje analiza męskiej przyjaźni - obserwujemy oddanie, troskę, pobłażliwość i zazdrość. Tu przyjaźń to taki wielki promyczek na nowojorskim niebie. Daje moc, ale potrafi złamać serce. Autorka pokazałam, że można dać komuś wszystko, ale ten ktoś musi chcieć to przyjąć, żeby mechanizm w ogóle zadziałał...

Małe życie - całe szczęście! - napisane jest bardzo prostym, często kolokwialnym językiem, co znacznie ułatwia odbiór utworu. Dialogi bywają dynamiczne, ale rzadko - to takie rozprawy na temat krojonych warzyw przeplatane szokującymi obrazami bestialstwa. Może taki był zamysł autorki? Zanudzić, a potem walnąć z grubej rury? Nie wiem, w każdym razie te mocne fragmenty cieszyły mnie podwójnie - raz, że dobre; dwa, że nadawały akcji porządnego tempa - aż się chciało czytać!

W ogólnym rozrachunku stwierdzam, że książka jak życie - raz pędzi, innym razem wlecze się niemiłosiernie, rzucając w nas nadgryzioną kanapką. Ciekawe akcje wyłaniają się zwycięsko spośród tych monotonnych opisów codzienności... Zakończenie jest dobre, chociaż przewidywalne - zrozumiecie w pewnym momencie. 

Nie wiem, czy Wam polecać tę książkę, bo wiadomo, że każdy lubi co innego. Jeśli np. podobał się Wam Szczygieł D. Tratt, to i w Małym życiu odnajdziecie się bez trudu. Wydaje mi się, że skoro tylu czytelników zachwyca się tą powieścią, a ona sama zdobyła kilka nagród i sprzedaje się tak świetnie w ponad dwudziestu krajach, to warto spróbować. Do mnie trafiła ta historia, więc nie jestem rozczarowana, ale już samo podanie - nierówne, rozwlekłe i pełne szczegółów - nie do końca spełniło moje oczekiwania. Dostałam szansę odkrycia paskudnej tajemnicy zawiniętej w przepiękny, wielobarwny, niezwykle szeleszczący papierek. Szkoda, że trzeba przebrnąć przez tę całą otoczkę, żeby dotrzeć do sedna, ale tak chyba musi być - takie jest życie...

Czytaliście? Przeczytacie? 

Wyzwanie: Czytam, ile chcę