czwartek, 7 lipca 2016

Ty wąchaj na szczęście, ja podziękuję


Wszyscy twierdzą, że wąchają. Gdzie nie spojrzysz, tam zawsze pojawi się jakiś wprawny Niuchacz, który sztacha się w ukryciu lub jawnie wciąga tę specyficzną woń. Ja nie wącham, a Ty?


Niuchaczy spotykam na każdym kroku. Są tacy, co mówią, że lubią sobie czasem powąchać; są i tacy, którzy działają bezwiednie, nie zdając sobie nawet sprawy z siły swego uzależnienia - to prawie ja odruch Pawłowa: książka w dłoni do nosa i niuch

Wstyd przyznać, ale podglądałam ostatnio takiego nałogowego Niuchacza. Stał sobie człowieczek w takiej dużej księgarni, gdzie to mydło i powidło, ale książki również można znaleźć - sporo nawet, żeby nie było, że się przez te wszystkie dodatki jakoś specjalnie przebijać trzeba. Stał on między brązowymi regałami, które po brzegi wypchane były wielkim dobrem - książkami świeżutkimi, nieskalanymi czytaniem, a może nawet niemacanym jeszcze. Stał sobie ten człowieczek, nieco przygarbiony, i wąchał. Pogrążony niczym w transie, robił to niemal bez opamiętania - co złapał w dłoń, to szybciutko, ruchem pewnym, wyćwiczonym podsuwał sobie pod nos. Jeden niuch, czasem dwa. Poobracał książkę niczym naleśnik na patelni i na półkę. I następna. Nie skrzywił się przy tym ni razu, co chyba oznacza, że nie testował poziomu smrodliwości papieru. Nie rozglądał się ukradkiem, więc widocznie nie wstyd mu tak wąchać publicznie! I chociaż to widok dość niecodzienny - no, przyznajcie sami - coś mnie urzekło w tym człowieczku, który notabene był wyższy ode mnie o całą głowę (a może i więcej, ale z mojego bezpiecznego punktu obserwacyjnego trudno się było jakoś tak porządnie do niego przymierzyć). Otóż, on się uśmiechał. Za każdym razem! Wiecie, to takie niesamowite zjawisko, kiedy ktoś uśmiecha się częściej niż ten raz jeden na kilka minut, a gdy jest sam? Kto przy zdrowych zmysłach uśmiecha się sam do siebie? Moi drodzy, jak często widzicie u innych taki nieskrępowany uśmiech na ulicy, w sklepie czy autobusie? Może ten człowieczek uśmiechał się do książek? Może do swoich myśli? A może jednak coś jest w tym wąchaniu papieru? Zawsze lepiej książkę wąchać aniżeli klej.

Ta sytuacja zmusiła mnie do refleksji i nie wiem, czy nie zostanę przypadkiem zlinczowana, bo zewsząd otaczają mnie tacy, co wąchają niemalże nałogowo, ale wyznam Wam szczerze: ja nie wącham książek. Nie przepadam i śnię o ich zapachu, a woń - starego, sczytanego czy świeżutkiego - woluminu nie pobudza mych zmysłów, nie kusi, nie mami, nie uszczęśliwia. Nie sztacham się w miejscach publicznych, ale i po kryjomu, w domowym zaciszu, nie oddaję się tej czynności - ja nawet nie myślę o tym, by książkę powąchać! 

Nie pamiętam, co się działo wcześniej, przed tym ciężkim tygodniem, kiedy to zapach papieru, tuszu i kleju towarzyszył mi  na jawie, ale i we śnie - ciągle, wszędzie i na każdym kroku. Wracałam do domu przesiąknięta zapachem świeżutkich książek przed momentem wydrukowanych, zaledwie chwilę wcześniej złożonych... Książki czułam we włosach, papierem pachniały moje ubrania, tusz znaczył moje palce. Nie mogłam uwolnić się od tego zapachu, uwierzcie mi - woń czepia się włosia na długo, a nawet czekolada pachnie jakoś inaczej... Czy byłam wtedy szczęśliwa? Byłam, bo może to ten klej, co go mimowolnie wciągałam, działał na mnie w jakiś magiczny sposób?


Jeśli ludzie w księgarni patrzą na Was z zaciekawieniem, to wiedzcie, że coś się dzieje. Przyjrzyjcie się wtedy swoim dłoniom, bo może bezwiednie podsuwają Wam książkę pod nos. Przyłapaliście się na tym? To nie jest złe, nie wstydźcie się, bo przyznam szczerze, że z radością i nieskrywaną fascynacją przyglądałam się temu Niuchaczowi, co to tak stał, uśmiechając się do książek, a może do siebie?

Zatem wąchajcie na szczęście, a ja podziękuję - już się w swoim życiu nasztachałam za wszystkie czasy i może stąd ten uśmiech, który chyba już na stałe przykleił się do mojej twarzy?

A teraz wyznajcie, wąchacie?