wtorek, 5 lipca 2016

Urodzę ci dziecko!: "Pozwól jej odejść"


Kolejna książka z serii "Kobiety to czytają", czy aby dobra? Mdła i bezbarwna czy jednak pełna emocji i zmuszająca do refleksji?


Słowem wstępu


Bardzo cenię sobie serię Prószyńskiego "Kobiety to czytają". Do tej pory zawiodłam się tylko raz <klik> - biorąc pod uwagę liczbę przeczytanych przeze mnie książek (z tej serii), wynik należy uznać za doskonały. Zawsze dostaję od autora poważny problem do rozważenia - coś konkretnego, nad czym muszę się zastanowić i, co nigdy nie daje się zaszufladkować. Zawsze ten problem jest realny i może nie dotyczy mnie osobiście, ale przerażające jest to, że mógłby; może ja sama nie mogłaby "wpisać się" w tę czy inną historię, ale z pewnością niejedna kobieta odnajdzie w tych książkach ogromny kawałek siebie.



Tym razem padło na Pozwól jej odejść autorstwa Dawn Barker (o Pękniętym odbiciu możecie przeczytać tutaj <klik>). I cóż mogę rzec? To kolejna świetna książka, którą mam zamiar Wam polecić.




Siostra siostrze surogatką


Pozwól jej odejść to historia delikatna, która z pewnością jest w stanie ugodzić w drżące serca każdej kobiety, która jest matką, ale też tej, której macierzyństwo (z różnych powodów) nie jest pisane.

"Nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo pragnie mieć dzieci,
dopóki lekarz nie powiedział jej, że to niemożliwe."


Zoe całe choruje, a leki, które przyjmowała wcześniej, wywołały u niej bezpłodność. Kobieta pragnie mieć dzieci, ale powoli, choć z wielkim bólem, pozornie godzi się ze swoją sytuacją. Jest życie, co oczywiste, nie jest usłane różami, a ona sama pogrąża się w smutku.

Nadia -siostra Zoe - pozornie ma wszystko: jest zdrowa jak ryba, ma trójkę wspaniałych dzieci, którym poświęca się bez reszty (zrezygnowała z pracy), odnajdując szczęście w macierzyństwie. 

Kobiety mają kochających mężów, ustabilizowane życie i cele: Zoe chce zapomnieć i nauczyć się żyć ze świadomością tego, że pozostanie bezdzietna; Nadia pragnie podarować siostrze nowe życie (dosłownie i w przenośni) - chce uczynić ją matką i urodzić specjalnie dla niej dziecko. 

Rodzi się! Nadia oddaje kruszynkę, a po dopełnieniu wszelkich formalności, Louise zostaje pełnoprawną córką Zoe.


Tylko surogatka vs. nowa matka

Czy można być tylko surogatką? Wyobraźcie sobie, że nosicie przez dziewięć miesięcy pod sercem dziecko, a potem (zgodnie z umową) musicie je oddać... świadomie i bez poczucia straty. Nadia twierdziła - była wręcz o tym przekonana - że jest w stanie podołać temu wyzwaniu. Wydawało się jej, że będzie potrafiła odciąć się od dziecka, bo przecież wszystko robi z myślą o siostrze, bo to w końcu nie jest jej pociecha. Poczucie winy i tęsknota biorą czasem górę nad zdrowym rozsądkiem...



Z kolei Zoe żyje w ciągłym strachu. Podejrzewa, że ta sytuacja przerasta jej siostrę i na każdego dnia obawia się, że ta zmieni zdanie.
"Fundamentem rodziny nie są geny, lecz relacje między ludźmi.
Czyż nie?"

Książka porusza bardzo ważny problem, wciąż zmuszając czytelnika do zastanowienia się nad znaczeniem genów i nad siłą relacji międzyludzkiej w rodzinie, w rodzicielstwie. Potrafilibyście orzec, która kobieta jest prawdziwą matką? Ta, która urodziła - celowo i była przygotowana na każdy z możliwych scenariuszy, która po czasie nie potrafi uporać się ze stratą? A może to druga, której obiecano nowe życie, i która pokochała dziecko bezinteresownie, uznając je za własne? Której oddać sprawiedliwość? Która jest "bardziej matką"?



Ruszyło mnie

Obyło się bez łez, ale ta historia mnie poruszyła... Musiałam poszukać odpowiedzi na wiele pytań (po zażartej dyskusji z własnym sumieniem). Wyciągnęłam z tej opowieści pewne wnioski, ale oczywiście warto zaznaczyć, że trudno mi tak gdybać, jeśli taka sytuacja nie dotyczy mnie osobiście i - na szczęście! - nigdy nie przyjdzie zmierzyć mi się z czymś podobnym.

Historię czyta się z przejęciem - to jedna z tych opowieści, przy lekturze której buzują w nas emocje. Bohaterów ocenimy szybko, ale (jak się potem okazuje) często niesłusznie. Barker podaje nam jedynie ramę, w którą sami musimy wpisać siostry, ich mężów i w końcu dziecko. Początkowo niektóre obrazy są zamazane, jednak z czasem możemy je wyklarować; inne są ostre, by po chwili zyskać nieco łagodniejsze barwy. Wcale nie tak łatwo jest jednoznacznie określić, która z tych postaci jest ofiarą, a która dręczycielem - absolutnie! - tu dostajemy wiele odcieni szarości, do której czasem dodajemy nieco bieli, a innym razem kroplę czerni.

Jedyną bezbarwną postacią jest mąż Nadii, ale myślę, że można to facetowi wybaczyć i przymknąć nieco oko na jego bezkształt - pogubił się w tym wszystkim, a może po prostu to nie była jego historia?

Opowieść jest nużąca przez pierwsze trzy rozdziały - w sumie żal nam trochę bohaterki, ale wiadomo - bez szału. Powiem Wam jedynie, że im dalej, im mocniej rozwija się ta historia (co ważne - nie wlecze się), tym robi się ciekawiej i poważniej.

Rodzice nie mają prawa do słabości; 
powinni być na tyle silni, aby znieść wszystko, co na nich spadnie.

Autorka przedstawia tę historię dwutorowo. Poznajemy kobiety, które stoją u progu podjęcia życiowej decyzji, ale też dowiadujemy się co nieco na temat obecnej sytuacji, teraz już nastoletniej, Lou. Te przeplatające się migawki z życia dziecka i jej rodziców nadają tempa całej akcji, prowadząc czytelnika przez labirynt emocji i ciągłych rozterek aż do finału, który pozostaje pod znakiem zapytania.

Gdybym miała określić tę historię jednym zdaniem, z pewnością brzmiałoby ono tak:

Dobrze, że mnie to nie dotyczy i cieszę się, że nigdy nie musiałam stanąć przed takim wyborem... przed żadnym z nich.

Książkę szczerze polecam. Będziecie bujać się pomiędzy złością, nienawiścią, zdziwieniem, żalem, smutkiem i przeczuciem, że z tej sytuacji nie ma właściwego wyjścia, bo która miłość jest ważniejsza? A czy przeczucie się sprawdzi, przekonajcie się sami :)





Wyzwanie: Czytam, ile chcę