poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Komedia z kryminalnym posmaczkiem: "Jak Cię zabić, kochanie?'"

Mordowanie wcale nie jest takie proste,
jak można by było przypuszczać.




Wszyscy już chyba czytali jakąś powieść Alka Rogozińskiego, więc i na mnie w końcu trafiło. Nie ukrywam, że wiele zdziałała tu reklama - na tyle skuteczna i wszechobecna, że nie dało się na Jak cię zabić, kochanie? nie trafić. Dodatkowym czynnikiem, który wzmógł moją ciekawość były sprzeczne opinie na temat tej historii, języka, pomysłu czy poczucia humoru. Wcześniej nie słyszałam o autorze, chociaż wiem, że już dwie książki są na jego koncie - teraz to wiem. Przyznam, że nieco obawiałam się tytułu,  który wyszedł spod pióra Księcia Kryminału, ponieważ samo nadanie komuś takiego mienia jest moim zdaniem mocno zadufane, z tego też względu wciąż odkładam prozę Księżniczki Kryminału - za dużo tych zamkowych klimatów. Na szczęście okazało się, że autor gburem nie jest, a jego powieść z kryminałem ma niewiele wspólnego. Jedno i drugie zadziałało na plus - taki tłuściutki, ale lekkostrawny. Ja jestem na tak, a królewski savoir vivre zdecydowanie wolę przykryć komediową pierzynką.

Kasa i seks


Przeważnie jest tak, że jeśli nie wiadomo, co chodzi, to zapewne gdzieś w tle przewija się kasa lub seks. W powieści omyłek Alka Rogozińskiego seks i kasa są nierozłączne, powiem więcej - bez seksu nie będzie kasy, ale żeby nie było banalnie, pójdźmy krok dalej: seks nie z byle kim i nie byle tylko, ale z drugą połówką, której się wierność i uczciwość małżeńską przyrzekało i w celach rozrodczych - koniecznie! - a do tego jeszcze w wyznaczonym, nieprzekraczalnym terminie.

Kasia i Darek mają szansę zgarnąć fortunę, którą to gwarantuje im testament zmarłej ciotki z Ameryki. Staruszka miała poczucie humoru, ale też swoje zasady - podzieli się chętnie, ale pod pewnymi warunkami, a jeśli te nie zostaną spełnione, wszelkie dobra zostaną przepisane na parafię - wiara bowiem odgrywała dużą rolę w życiu kobiety, co niezmiernie cieszyło tamtejszego księdza, który z lubością przystawał na świrnięte pomysły staruszki, bo - co tu dużo nie mówić - potrafiła się porządnie odpłacić.

Na fortunę ciotki poluje zatem para, która nieskutecznie próbuje powołać na świat potomka, ksiądz wraz z całą swoją parafią - tu ważną rolę odegrają dwie zakonnice, które pod habitami ukrywają swoje sekrety oraz młody święcony, co to się tymi dwiema musi zająć, bo przecież ich misja wymaga wsparcia lingwistycznego - w Polsce nigdy nie były, po naszemu nie mówimy, a żeby się kogoś pozbyć trzeba przecież wiedzieć, jak się w obcym kraju odnaleźć.


Małżeństwo to trudna sprawa. Faktycznie, po co człowiekowi te wszystkie drugie połówki jabłka i bratnie dusze, które potem okazują się lekko nadgniłe i bratnie dla wszystkich, tylko nie dla nas? Same tylko z nimi zgryzoty.


Wydawałoby się, że małżeństwo powinno trzymać się razem i wspólnymi siłami, w tym szczególnie trudnym okresie, być sobie wsparciem i iść w jednym kierunku. Kierunek jest tylko jeden - każdy marzy o bogactwie, a jeśli nie da się po Bożemu, to zostaje inna droga... Ciotka uściśliła bowiem w swoim testamencie, że wdowie lub wdowcowi przypadnie spadek. Potomek na świat się nie pcha, więc w głowach małżonków powoli klaruje się inna opcja - trzeba zabić, żeby zgarnąć swoje, a pomysłów na aranżację nie brakuje!


Komedia z kryminalnym posmaczkiem


Kiedy sięgałam po Jak cię zabić, kochanie? byłam przekonana, że będzie to kryminał na wesoło, ale dostałam komedię z kryminalnym posmaczkiem - dużego posmaku czy nawet posmaczyska nie stwierdzono. Przyznam, że to mnie przekonało, bo ostatnio faza na kryminały leży u mnie i kwiczy, a książka w nieco lżejszych klimatach była mi po prostu potrzebna do szczęścia. Takie kryminalne wstawki uważam jednak za potrzebne, ponieważ to właśnie one nadają całej powieści tempa, wręcz zawrotnego pędu, w który po prostu trzeba dać się wciągnąć, trzeba rzucić się w ten wir wydarzeń i ciągłych zbiegów okoliczności (o tym za chwilkę) i dać się ponieść. 

Zbiegów okoliczności w historii nie brakuje - świat jest malutki, a bohaterowie są w jakiś sposób - poza oczywistą chrapką na fortunę - powiązani. Nie znajdziemy tu postaci przypadkowych, a każda z prezentowanych odgrywa w wyścigu po spadek ważną wolę. Podoba mi się to skumulowanie wielu istnień wokół jednego problemu i różnorodność sposobów zabijania - niektóre są subtelne, inne to - delikatnie mówiąc - pierdzielnięcie z grubej rury rodem z amerykańskich filmów. Wiem jednak, że nie do każdego tego typu rozwiązanie - mnogość zbiegów okoliczności - jest zjadliwe, co w sumie zależy od czytelniczych oczekiwań, tak myślę.

Czego oczekiwałam po tej książce? Liczyłam na rozrywkę, po prostu, bez większych nadziei na poruszenie, ale z nieco krwawym akcentem. I prawie to dostałam - zabrakło tylko ociekających juchą opisów, ale to nie typ, bo tu zdecydowanie ważniejszą rolę - broń masowego rażenia i sporego kalibru - odgrywa humor. Nie twierdzę, że rechotałam jak dzika, kiedy czytałam tę powieść, ale przyznam, że wiele scen wywołało mój uśmiech i nie mogłam się opędzić od myśli o absurdalności niektórych zdarzeń. Takie rzeczy na naszej ziemi? Dobre! 

Podsumowując, Jak cię zabić, kochanie? to komedia, w której prym wiedzie zbieg okoliczności podszyty humorem. Jest lekko i przyjemnie, nienachalnie i ciekawie. Powieść wciąga, a pierwsze sceny - te, w których Kasia rozważa możliwości - są doskonałym wstępem do wielkiego finału, który - co przyznaję bez bicia - był dla mnie zaskakujący, ponieważ wróżyłam tu zupełnie inne zakończenie. Wróżka ze mnie żadna - może to i dobrze. 

Książka ruszyła w wędrówkę po okolicznych domach - wiecie, sąsiedzi wielu rzeczy mi nie przepuszczą, a polskich autorów przyjmują z otwartymi ramionami. Za jakiś czas pozbieram opinie, zobaczymy :)

Tytułować autora nie będę, bo to oklepany w ostatnim czasie zwyczaj, ale polecam i bez tych wszystkich królewskich wybiegów ;)