czwartek, 25 sierpnia 2016

Miłosne ciągutki, czyli "Intryga małżeńska"

Doprawdy cała ta sytuacja, jakby wyjęta z Szekspira, zaczynała wyglądać dość komicznie: Larry kochał Mitchella, który kochał Madeleine, która kochała Leonarda...



Często rozmawiam z przyjaciółmi o książkach, zdarza nam się czytać te same tytuły, a kiedy pojawia się jakaś wyśniona promocja, uzupełniamy braki w biblioteczkach. Przyjaciele (buziaki dla Was  :*) przeczytali tę książkę przede mną, kiedy jednak skojarzyłam autora z innym dziełem, nie mogło być inaczej - kupiłam i ja. Intryga małżeńska czekała na swoją kolej od zeszłego miesiąca, a że długość miała odpowiednią - taką w sam raz - to powędrowała ze mną nad morze. Przyznam, że nastawiłam się pozytywnie - plaża, trochę słońca, ciepły kocyk pod tyłkiem, dziecię w piachu, tata w piachu i ja z książką. Nastrój był, chęci były, tylko czegoś mi w książce zabrakło...





Czytałam inną powieść tego autora, nawet dwukrotnie. Przekleństwa niewinności zrobiły na mnie duże wrażenie, a klimat jak chwycił na początku, tak nie chciał odpuścić. Podejrzewałam, że Intryga małżeńska również złapie mnie w sieć i po prostu pochłonie (lub ja ją pochłonę). I tu zostałam zaskoczona! Nijak nie mogłam wbić się w te lata osiemdziesiąte, ostatnie studenckie podrygi, pierwsze poważne decyzje czy miłosne ciągutki.

Czas na zmianę

Gdybym miała podsumować tę powieść jednym zdaniem, to brzmiałoby ono tak: On kocha jego, ten nie widzi świata poza nią, a ona oddała serce innemu.


Każdy z bohaterów ma jakiś problem, każdy też musi stawić czoła dorosłemu życiu ale - jak to często bywa - los wciąż rzuca im kłody pod nogi. Jedni skaczą wyżej, inni lądują paszczą w błocie. 


To powieść o młodych ludziach, którzy stoją przed koniecznością dokonania wyboru. Są po studiach, świat stoi przed nimi otworem, a jeśli za bardzo się ociągają, zamyka im brutalnie drzwi przed nosem. To czas rodzącej się miłości, fascynacji i postępującego uzależnienia - doskonały przykład na to, że miłość potrafi doprowadzić do szaleństwa. 

Gdy błądzimy po lesie, przychodzi taki moment, że zaczynamy się w nim czuć jak w domu.

Odkrycie swojego miejsca w świecie, do którego prowadzi długa i kręta droga, która nie jest usłana różami - najpierw trzeba odnaleźć siebie, potem się w tym wszystkim. Wiadomo - młodości przypisane jest szaleństwo  i lekkomyślność, więc nasi bohaterowie wchodzą w dorosłość po schodach własnych (i cudzych) błędów. I to jest dobra strona tej powieści - nie ma tu wydumanych, wymyślnych sytuacji - jest życiowo, obyczajowo, niemal sielsko.

Oni ją, ona jednego


Poznajmy naszych bohaterów. Wiemy już, że wszyscy są młodymi ludźmi, którzy muszą (lub przynajmniej powinni) jakoś się określić. Nic nadzwyczajnego - w końcu każdego to czeka. 

Madeleine - romantyczna buntowniczka, która aż garnie się do awantury, ceniąc sobie przy tym ciętą ripostę i lubując się w dialogu wysoce intelektualnym, koniecznie elokwentnym i szczerze wydumanym. Brzmi pięknie i patetycznie, jednak nie każdy geniuszem się rodzi i nie wszyscy mogą rozwijać się w tym kierunku, a te intelektualne ograniczenia wprowadzają dziewczynę w kompleksy. Zakochana jest w Leonardzie - wielbi go, pławi się w jego geniuszu.

Leonard - to zdolny, wręcz profesjonalny biolog, którego fascynują drożdże. Plus tego taki, że kiedy spojrzałam na słowo "drożdże", poszłam upiec chleb - mężczyzna miał jednak nieco bardziej ambitne podejście do tematu, a badania miały służyć wielkiemu odkryciu, to z kolei mogło okazać się ważne dla ludzkości. Geniusz, lekkoduch, niebieski ptak. Chłopak nieco zwariował z miłości - ta doprowadziła go do choroby maniakalno-depresyjnej. 

Mitchell - walczy o względy Madeleine, którą wielbi mimo dostrzeganych wad. Mężczyzna ukończył religioznawstwo - jest stabilny duchowo, wręcz uduchowiony, ale kobieta potrafi wyprowadzić w maliny każdego, więc i Mitchell szaleje z miłości - nie odbija się to na jego zdrowiu, ponieważ ucieka do Indii, gdzie kontempluje w (prawie) spokoju.

Z takiego połączenia nie może wyjść nic dobrego, ale na pewno będzie ciekawie. Smaczku tej powieści dodaje z pewnością problem Leonarda, który odbija się nie tylko na jego psychice, ale też na cielesności. W ogóle o cielesności trochę się tu naczytacie, ale bez przesady. Gdyby się jednak uprzeć - wiele kręci się wokół seksu, ale to nie on jest sednem tej historii. 

Warstwa  po warstwie

Intryga małżeńska z pewnością nie jest książką, którą można polecić każdemu. To dzieło trudne, wymagające i zmuszające do ciągłego zastanawiania się nad... właściwie nad wszystkim. 

W historii znalazły się bardzo liczne odniesienia do powieści wiktoriańskiej, do filozofii, semiotyki, biologii. Autor nasycił Intrygę... właściwie wszystkim, tworząc z niej wielowarstwową formę, która bywa w tak wyolbrzymionej dawce ciężkostrawna. Poczułam przesyt, ale nie to mnie zniechęciło... Chwilami naprawdę odniosłam wrażenie, jakbym wróciła na studia i ponownie weszła w literaturę angielską.

Niestety książka jest - jak zwykłam mówić - bardzo przegadana, momentami tak bardzo rozmemłana, że trzeba ją odłożyć, bo po prostu męczyła - męczyło czytanie o wszystkim i o niczym. Przyjaciele stwierdzili, że to opowieść, która płynie wolno, spokojnie i zmierza w swoim specyficznym tempie ku finałowi. Czytałam, męczyłam i płynęłam, ale niestety zakończenie mocno mnie rozczarowało. Liczyłam na wielkie bum-pierdut, a otrzymałam finał taki jak cała historia - układny i niestety miałki.

Zdecydowaną zaletą tej książki są jej bohaterowie - z krwi i kości, ludzcy i świetnie wykreowani - nie obdarzyłam ich sympatią, ale wywołali we mnie wiele emocji, a przecież nie każdego trzeba lubić, prawda?

Wydaje mi się, że jeśli kogoś pociągają trójkąty rodem z XIX-wiecznych powieści oraz historie, którymi można się delektować, roztrząsając każdą scenę czy myśl, to z pewnością ta lektura może dostarczyć nie lada emocji. To takie dorastanie w zwolnionym tempie - przejście przez życie, które pisze dla swoich aktorów zupełnie inne (niż by chcieli) scenariusze.