środa, 17 sierpnia 2016

Mrok w krainie beztroski: "Inna dusza"

Ale chyba są inne duchy, wiesz, takie, co żyją w człowieku obok tych naszych dusz, zwyczajnych. I czegoś tam sobie chcą. Niektóre są ciche, inne głośne. Wrzeszczą, hałasują. To jest nie do wytrzymania. Znaczy, tak mi się wydaje, że z takim duchem w środku strasznie ciężko żyć, zwłaszcza jak on chce czegoś, na co ty nie masz ochoty.

Przyznaję bez bicia, że rzadko zdarza mi się czytać polskie książki, których fabuła jest oparta na faktach. Trudno mi w tej chwili podać konkretny tego powód, może więcej stwierdzę wymijająco - było mi nie po drodze. Do czasu. Ostatnio na kliku blogach (w tym na  Skrytce na kulturę) trafiłam na recenzje Innej duszy Łukasza Orbitowskiego. Wyczytałam, że to mocna książka, po którą warto sięgnąć, a historia powstała na bazie akt prawdziwej sprawy. Zachęcona tym faktem dotarłam do Innej duszy i dziś mogę stwierdzić, że warto było.


Wszystko się może zdarzyć

Akcja  powieści toczy się głównie w Bydgoszczy - w mieście, którego praktycznie nie znam, ale które dziś potrafię sobie wyobrazić, bowiem miejsce akcji nie ma tu większego znaczenia - to mogło zdarzyć się wszędzie. Gwarantuję Wam, że z łatwością wejdziecie w świat przedstawiony, ponieważ to nie miejsce, ale czas ukształtował klimat tej powieści. 

W Inne duszy przenosimy się w realia drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych. Wracamy do sklepów pachnących gumą Turbo, do oranżady w proszku, która oblepiała palce wszystkich dzieciaków i płynących ze starych kaseciaków polskich hitów: Pocałuj noc, Kiedy powiem sobie dość czy Wszystko się może zdarzyć. To czas rodzinnych posiedzeń przy kanapkach z mortadelą w kłębach papierosowego dymu i dni spędzanych na podwórku.

Orbitowski przypomina nam czasy - wcale nie takie odległe - kiedy dzieciaki spędzały na dworze większą część dnia: wielkie rowerowe wypady w otwartą przestrzeń (góral był szczytem marzeń), moczenie w stawach, buszowanie po krzakach,  siłownie w piwnicach, plakaty na ścianach i piłki w bramkach... Pamiętacie? Obok tej beztroski postawił autor wysoki mur mroku - obdarte kamienice, butelki po jabolach, pedofilię, patologię, kał i mocz oraz wszechobecne poczucie pustki i beznadziei - przyjęte ze spokojem, bez walki. 

Wprowadzeni w klimat? Pójdźmy dalej, poznajmy bohaterów!

Krzysiek mieszka z matką i z ojcem w jednopokojowym mieszkaniu. Tatuś pije, matka - nieco zlękniona i kompletnie wycofana. Chłopiec jest narratorem powieści, jednak jego opowieść przeplatana jest z rozdziałami, przez które przeprowadzi nas narrator wszechwiedzący - te dotyczą poczynań Jędrka, będąc uzupełnieniem obserwacji i doświadczeń Krzysztofa.

Jędrek mieszka w dobrej (no, niech będzie, że w lepszej) dzielnicy. Pieniędzy mu nie brakuje, rodziców pod patologię nie podciągniecie - to porządni ludzie. Chłopak miota się między marzeniami - z jednej strony chciałby tworzyć cukiernicze (tortowe) dzieła sztuki, z drugiej ciągnie do wojskowości. Oba cele wydają się w porządku, ale ich realizacja jest utrudniona...

Jest jeszcze Darek - kuzyn Jędrka - obrotny przystojniak, który chce od życia czegoś więcej, więc stara się wykorzystać wszelkie możliwości zarobku, by nieco podreperować swój budżet. To taki normalny chłopak, który stara się jakoś sobie to życie poukładać, ale często obiera - przyznacie po lekturze - dziwną drogę...

Niby wszystko w porządku, niby życie toczy się spokojnie, własnym torem. Chłopcy dojrzewają, zmieniają się ich priorytety i spojrzenie na świat. Wszystko byłoby w porządku, gdyby w Jędrku nie siedziała inna dusza - głód - jakaś niezwykła siła odbiera mu zmysły, pcha go w drogą, z której nie ma powrotu... Inna dusza zabija beztroskę, przynosząc ból, cierpienie i niewytłumaczalną potrzebę...  reszty dowiecie się z książki :)

Poza historią


Język powieści jest potoczny, często kolokwialny i kompletnie niewymagający, jednak książki nie  można w żadnym wypadku zaliczyć do literatury lekkiej, miłej i przyjemnej. Gdyby nie tak "luźne" podejście do słowa, trudno byłoby czytelnikowi przejść przez takie bagno - tu pospolita obrazowość jest ogromną zaletą, a bagno jest grząskie i niesamowicie wciągające - pochłania bez pardonu. Autor porywa czytelnika - tak, porwanie to dobre słowo; jesteśmy po prostu zmuszeni do przejścia tej drogi, zajrzenia w każdy brudny kąt, zerkania do kubłów i wsłuchiwania się w odgłos różowej wody, która niespiesznie znika w odpływie. Orbitowski ciska w nas brzydotą, otula mrokiem, szokuje. Mnie bezsprzecznie porwał klimat tej powieści - dałam się nabrać, zwabił mnie zapach Kuku-Ryku, weszłam w beztroski świat mojego dzieciństwa, by potem dostać obuchem w łeb...

Książka ukazała się w serii Na F/Aktach, jednak trudno potraktować ją jako reportaż czy wspomnienie, nie jest to wywiad ani kronika zdarzeń. Autor ubrał akta sprawy w niezłe literackie wdzianko, a czyniąc narratorem jednego z bohaterów, stworzył obraz wiarygodny, który doskonale wpisał się w realia lat dziewięćdziesiątych. Tu mroczny klimat rzuca cień na niewinną beztroskę!

Styl może drażnić - jest specyficznie. Mam jednak nadzieję, że nie potraktujecie wypowiedzi bohaterów jako infantylne czy niedopracowane - ja się wahałam, ale ostatecznie uznałam, że takie ujęcie tematu jest strzałem w dziesiątkę, chociaż przyznam, że specyficzny język, którym posługiwał się Jędrek, często działał mi na nerwy.

Ostatnie "małe ale" - rozdział "Wejście" (potraktujcie jak prolog) mógłby moim zdaniem nie istnieć, ponieważ zbyt wiele wyjaśnia, a bez niego byłoby bardziej kryminalnie, zaskakująco. Z jednej strony podsyca ciekawość - chciałoby się od razu poznać powody, zerknąć za mroczną kurtynę, ale z drugiej - wolałabym dostać po pysku mocniej, bez ostrzeżenia. 

Podsumowując, dawno nie czytałam książki polskiego autora, w której tak mocno zachwyciłby mnie klimat - tu mrok, bezsens i pustka są gęste, a z malutkich otworów nieśmiało wygląda nadzieja. Jeśli macie ochotę na dobre, polskie, bestialstwo w przystępnej formie, to bierzcie się za Inną duszę.