poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Wszyscy pragną akceptacji: "Zły wpływ"


(...) wydaje się, jakby on wciąż był z nami i zmieniał wszystko, co robimy i mówimy, siedząc nam na karkach i szepcząc prosto do ucha, co jest dziecinne, a co nie.



Zły wpływ autorstwa Williama Sutcliffe'a trafił do mnie przypadkiem. To jedna z tych książek, o których nie miałam zielonego pojęcia - nie słyszałam wcześniej o autorze, tytuł nie obił mi się nigdy o uszy. Za tę książkę zapłaciłam grosze - dokładne sto - i przyznam, że była najlepiej wydana złotówka w tym roku, chociaż byłabym skłonna zapłacić więcej. Skąd taka cena? Kiermasze książek organizowane w namiotach przy nadmorskich deptakach potrafią zaskoczyć, ponieważ wystarczy tylko zerknąć na dolną półkę, wydobywając z tyłu zapomniane / nieznane / niepopularne woluminy. Czasem warto wziąć coś w ciemno, nawet jeśli nie wiążemy z tym większych nadziei. 




Pragnienie akceptacji

Dzieciaki bywają okrutne, a młodość rządzi się swoimi prawami. Czasem, żeby komuś się przypodobać, młodzi robią coś wbrew sobie i chociaż często zdają sobie sprawę z tego, że ich działania i podejmowane przez nich decyzje są złe, jakaś namacalna siła popycha ich w tę niewłaściwą stronę.

W Złym wpływie poznajemy taką właśnie historię, która w sumie nie będzie dla nas wielkim zaskoczeniem, bo wiemy - znamy to z autopsji lub z obserwacji - że dzieciaki potrafią przekroczyć wiele granic, byle tylko zdobyć aprobatę otoczenia. Często też nie widzą innego wyjścia, jak poddanie się działaniom, wymaganiom silniejszego, ponieważ odmowa niestety jest równoważna z wykluczeniem, a przecież nikt nie chce być samotny...

Dziesięcioletni Ben żyje sobie spokojnie na przedmieściach Londynu, ma kochającą rodzinę, a z bratem i siostrą łączą go "normalne" stosunki - jak to z rodzeństwem bywa: toczą małe wojny, walczą o uwagę, naruszają swoją prywatność, robią sobie na złość. Życie chłopca nie wyróżnia się niczym konkretnym: bywa szczęśliwy, czasem podekscytowany, często znudzony, bo każdy dzień - szczególnie w czasie wakacji - przypomina ten poprzedni. Ben ma przyjaciela, Olly-ego, z którym łączy go wieź szczególna - chłopcy znają się od wczesnego dzieciństwa, wszystko robią razem, spotykają się każdego dnia, by w tym spokojnym, ułożonym i przewidywalnym świecie robić to, co robią dzieciaki w ich wieku: szukają małych podniet, wymyślając sobie normalne zajęcia, jeżdżą na rowerach czy grają w piłkę.

Ten beztroski, niemalże sztampowy obraz świata zostaje zachwiany, kiedy w życie chłopców wkracza z impetem Carl. Można wiele powiedzieć o tym nieco starszym od głównego bohatera chłopcu, jednak najważniejsze jest to, że nowy nieco odstaje od tego, co znane - jest mroczny, szalony i pełen złości, przy czym niezwykle charyzmatyczny i pociągający - na dziewczyny działa niczym lep na muchy, ale to na chłopców ma największy wpływ. Carl narzuca życiu Bena szybsze tempo, które wyznacza kolejnymi działaniami, a te - chociaż nie zawsze zgodne z prawem - przyjmowane są z przerażeniem, ale też z ekscytacją. 


Czasami, kiedy podejmujesz jakąś decyzję, zachowujesz się tak, jakbyś rozważał różne możliwości, ale tak naprawdę nie myślisz o niczym.

Można śmiało stwierdzić, że urok Carla (mroczne jest pociągające) oraz jego niebudząca sprzeciwu postawa potrafiły wywrócić życie Bena i Olly-ego do góry nogami. Jeśli zastanawiacie się, jak daleko posuną się chłopcy, czy uda im się wyrwać spod "władzy" Carla i do czego to wszystko prowadzi, zachęcam do lektury.


Naiwność narracji

Zły wpływ nie jest historią wyjątkową, bo w literaturze nie brakuje opowieści, które traktują o istotności wpływu rówieśników na rozwój czy działanie dziecka. Już na okładce znajdziemy porównanie tej powieści do Władcy much Goldinga i przyznam, że sporo w tym racji - przesłanie jest podobne, mechanizmy oddziaływania takie same, skutki również opłakane. Mimo że nie jest to historia nowatorska, robi wrażenie i daje się przeczytać z przyjemnością oraz z zainteresowaniem. Autor wprowadza czytelnika w sielankę, by chwilę później wywołać w nim niepokój i zburzyć ład i porządek.

Narracja jest banalna - historię poznajemy dzięki Benowi, który z dziecięcą naiwnością opowiada nam o wszystkich zdarzeniach. Narrator poraża czytelnika, rzucając w niego z początku infantylnymi trikami - opowiada o tym, co dzieje się w jego domu, o poznaniu Carla, o swoich odczuciach - takie pojmowanie świata z pewnością niczym nie różni się od sytuacji miliona innych dzieciaków. Wraz z rozwojem wydarzeń pogłębiona zostaje psychika Bena, a jego obserwacje i analiza zachowania Carla są wnikliwsze, dojrzalsze i bardziej przerażające...

Mnie ta historia się podobała. Zakończenie, do którego zbliżałam się w zawrotnym tempie, było zaskakujące, chociaż po części przewidywalne - tragedia wisiała w powietrzu, a postępujący, pochłaniający kolejne strony mrok sugerował jakieś bum na koniec.

Podsumowując, Zły wpływ to dobra książka, która potrafi zainteresować już na początku, a ta ciekawość utrzymuje się do samego końca, postępując, by w finale zaskoczyć. Na krainę beztroski szybko spada mroczna kurtyna, a niewinność niemal natychmiast ustępuje miejsca konieczności podejmowania decyzji, które będą rzutować na przyszłe życie bohaterów.