wtorek, 30 sierpnia 2016

Zagłada po polsku: "S.Q.U.A.T"


Ognisty smok stanął przed niewiastą, aby pożreć jej dziecię. I - do cholery - udało mu się, wbrew zapowiedziom wszystkich świętych pism tego świata.


Już pewnie wiecie - jeśli jednak nie macie pojęcia, to uprzejmie donoszę - że lubię postapokaliptyczne klimaty, a uśmiercanie ludzkości (na wszelkie możliwe sposoby) nie jest mi obce. Często sięgam, kiedy tylko mam okazję, po powieści, których treść krąży wokół takich makabrycznych motywów.  Książkę S.Q.U.A.T. autorstwa Konrada Kuśmiraka chwyciłam bez zastanowienia, kiedy tylko okazało się, że będę miała okazję przeczytać drugą odsłonę tej wizji polskiego autora. Wcześniej nie miałam do czynienia z apokalipsą po polsku, nie dane mi było pokibicować naszym w walce o przetrwanie, ale nadrabiam, a mój postapokaliptyczny debit w rodzimym języku uważam za udany.

Wielki Rozbłysk

Autorzy uśmiercali już nasz świat na różnorodne sposoby - tu chyba panuje pełna dowolność, ważniejsza jest przecież skuteczność. Ostatnio czytałam o inwazji Przybyszów z obcej galaktyki, o pożerających ludzkość Głodnych, o następstwach wojny atomowej i nawet o zombiakach, które z lubością raczyły się ostatnimi ludzkimi rarytasami. Tym razem świat umiera inaczej - nastąpił wielki Rozbłysk, który walnął w ludzkość promieniowaniem gamma, a naszą planetę smagnął ognistym jęzorem.

Wydawałoby się, że wszystko stracone, a jednak garstka, i to całkiem spora, przetrwała, bo wiecie - ludzkość to taki cholernie czepliwy gatunek - uporczywie czepia się życia i trzyma nadziei wszystkimi kończynami. Coś się kończy, ale coś się zaczyna. Kiedy okazuje się, że na Ziemi można wieść jako taki żywot (akcja toczy się 20 lat po Rozbłysku), ludzkość musi zorganizować sobie odpowiednie warunki bytu, czyli poskładać do kupy to, co zostało i wspólnymi siłami stworzyć nowy ład. Niby ludzie powinni trzymać się w takich dramatycznych chwilach razem (tym bardziej, że już nie tylko nasz gatunek zamieszkuje planetę), ale wiadomo - każdy chce się nachapać. Nie znajdujemy tu więc wspólnej walki o przyszłość, ale brutalną bitwę o przeżycie, która toczy się wśród smrodu, brudu i z niewielkim zapleczem, bo w sumie niewiele zostało - trochę jedzenia, odrobina wody i kapka benzyny... Żeby jednak nie było aż tak dramatycznie, każdy człowiek ma wybór: nie musi błądzić samotnie po nieprzychylnych pustkowiach, istnieją bowiem squaty, które są namiastką normalności, jej marnym przebłyskiem. 

Nie każdy jednak wybiera życie w grupie - zawsze trafi się jakiś oszołom-samotnik! W tym spalonym Słońcem świecie - w tym, co zostało po polskim Białymstoku, żyje, walczy i przemyca wszystko (żywe i martwe) nasz główny bohater zwany Kamykiem (mogło być gorzej - inny ma ksywę Korek). Bohater jest wulgarnym brutalem, którego sarkazm nie opuszcza, przy czym posiada niesamowitą wręcz umiejętność pakowania się w tarapaty. Kamyk nauczył się żyć w świecie, który tak naprawdę ma mu niewiele do zaoferowania, jednak trudno nazwać go biernym i płynącym z prądem, gdyż ima się różnych zajęć i nigdzie nie zagrzewa miejsca na dłużej. Co jeszcze może Was w nim zainteresować? Otóż Kamyk miewa sny (często na jawie), które przybierają dość realne, ae niezwykle enigmatyczne kształty.


Spacer pośród gruzu

Autor zabiera czytelnika w bardzo chaotyczną podróż po polskiej ziemi. Wątki pojawiają się nagle, brutalnie wystając z każdej nory - często wprawiają nas w konsternację, ponieważ nie zawsze (a może nawet rzadko) są one doprowadzane do końca. Ma to swoje wady - np. chwilowe wybicie z rytmu - a też zalety, do których z przekonaniem zaliczę rozbudzanie ciekawości oraz narzucenie na świat poświaty tajemniczości. Mam szczerą nadzieję, że druga część nieco rozjaśni te wszystkie czarne dziury, w które władował mnie autor.

Język powieści jest prosty - taka banalność stylu obfitująca w kolokwializmy i wulgaryzmy to jednak zaleta. Świat, który znamy już nie istnieje, więc bohaterowie słusznie pieprzą konwenanse. Książka jest lekka w odbiorze, czyta się ją szybko (poza wspomnianymi chwilami zawiechy), główny bohater daje się lubić, chociaż to straszny skurczybyk. Co ważne - finał jest zaskakujący, pokuszę się nawet o stwierdzenie, że jest nie do przewidzenia, a do zakończenia dochodzimy prędko i niemalże bezboleśnie.

Co boli? Nie przekonały mnie Strzygi i Wampiry, których nijak nie potrafię umiejscowić w zastanym klimacie. Może kolejna część wyjaśni mi zamysł ich istnienia w tej wizji - na razie jednak podchodzę do tych istot (w tej konkretnej historii i w tym świecie) z niesmakiem.

Podsumowując, debiut Konrada Kuśmiraka uważam za udany, chociaż ta mnogość niewiadomych oraz potwory mnie nie przekonały. Bohater to paskud, który ma w sobie jednak taki niewyjaśniony urok brutala - da się go lubić, a jego przygody - w dużej ilości - nadają opowieści dynamizmu. Ogólnie jestem na tak, ale liczę na więcej, bo do zachwytu jeszcze mi daleko. Ta historia ma jednak potencjał, więc po cichu trzymam kciuki za powodzenie misji.