środa, 31 sierpnia 2016

Zagubieni w labiryncie lęków: "Przebudzenie Labiryntu"

Jest tylko jedna nagroda. Jeden zwycięzca. Morderca przeżyje.



W jaki sposób trafiła do mnie książka Przebudzenie Labiryntu, której autorem jest Rainer Wekwerth? Dałam się wkręcić mniej więcej o połowę młodszemu ode mnie czytelnikowi, który zapewnił mnie, że dam radę. No i dałam. Przyznaję, że to jedna z tych książek, do których mam ambiwalentny stosunek - uwielbiam i nie cierpię równocześnie; chcę sięgnąć po kolejne tomy, ale też wolałabym o tej przygodzie zapomnieć. To lubię!


O co kaman?


Garstka młodych ludzi budzi się nago w nieznanym świecie, a żeby było ciekawiej, mimo usilnych starań potrafią przypomnieć sobie  jedynie swoje imię. Reszta pozostaje na razie wielką tajemnicą, chociaż po jakimś czasie nasi bohaterowie miewają przebłyski świadomości, które jednak niewiele im mówią. Bohaterów mamy siedmioro - sporo, jednak są oni tak specyficzni, że niemal od razu potrafimy ich zidentyfikować, nie mylą się nam, a zróżnicowanie ich charakterów sprawia, że każdy znajdzie coś dla siebie. Wybieramy sobie kogoś i z całych sił mu kibicujemy - przeżyje bowiem tylko jedna osoba! 

Labirynt to gra o życie - tylko jeden uczestnik tej makabrycznej zabawy ma szansę wyjść z tego cało, ale zanim dotrzemy do wielkiego finału, musimy przejść z naszym faworytem przez portal, który prowadzi do następnego świata - zawsze zabraknie przejścia dla jednego uczestnika.

W Labiryncie - poza oczywistą groźbą śmierci, koniecznością walki z pozostałymi i ogólnym skołowaniem - bohaterowie muszą stawić czoła swoim lękom. Te są początkowo niezrozumiałe - trudno zlokalizować ich źródło, kiedy przeszłość przesłoniła kurtyna zapomnienia - z tego względu nie sposób z nimi walczyć.

Pierwsza część opisuje dwa światy. Bohaterowie budzą się na spalonym słońcem stepie, by po przejściu przez bramę, znaleźć się w zupełnie innych warunkach. W każdym "wymiarze" czekają na nich liczne pułapki i konkretne zadanie do wykonania - trzy dni na znalezienie bramy.


Czy warto?


Mam bardzo mieszane odczucia w stosunku do tej książki. Najpierw skojarzyła mi się z Więźniem Labiryntu, który jakoś szczególnie nie przypadł mi do gustu. Następnie uznałam, że to tania młodzieżówka z wątkiem romantycznym, który przewija się praktycznie przez całą opowieść. W końcu dałam się porwać tej dramatycznej "misji", która spadła na bohaterów. Wkręciłam się w tajemnice, poszukiwałam odpowiedzi, których jednak nie znalazłam!

Język tej powieści jest banalnie prosty - taki aż do bólu, ale przez to czyta się ją błyskawicznie i praktycznie bez zastanowienia. Chciałoby się tu czegoś głębszego, mocniejszego, ale wtedy lektura mogłaby stracić na swej atrakcyjności - taki banał może być atrakcyjny, zapewniam!

To historia o wędrowaniu, a czytelnik zna jej zakończenie, chociaż wciąż ma nadzieję, że pojawi się tu coś więcej, jakieś niesamowite bum, które wybije go z rytmu, a wszystko to, co dotąd poznał, okaże się wielką ściemą. Tego jednak brakuje - bohaterowie idą, przechodzą, odpadają i znów idą, przechodzą i odpadają. I tak zapewne będzie do końca. Nie wiem, jak to się stało, ale wciągnęła mnie ta historia - jestem nią niesamowicie "podjarana", serio! Wiem, że postacie będą się powoli wykruszać, więc nie oczekuję zaskoczenia, ale jestem ciekawa, jak to się wszystko skończy, jak ich losy się potoczą i co ich właściwie łączy, bo śmiem podejrzewać, że coś musi. Liczę na odkrycie ich historii i chyba sobie po prostu nie daruję tego cyklu, chociaż wiem, że mogę się rozczarować. Na razie jestem zaaferowana tajemnicami, ciekawa bohaterów - chcę wiedzieć, poznać i ewentualnie postawić na innego gracza.

Czy polecam? Trudno mi orzec, bo sami widzicie, jak ta książka na mnie podziałała. Spróbujcie jednak, bo może dacie się wciągnąć w ten przedziwny, enigmatyczny świat.