środa, 21 września 2016

"Dygot" – zawsze blisko skóry


(...) prawdziwymi szaleńcami są ci, którzy patrzą na to wszystko  dookoła i pozostają normalni. Każdy, kto ma trochę oleju w głowie, musi w końcu zwariować.



Wiele dobrego słyszałam na temat tej książki, ale tak się złożyło, że nie miałam okazji po nią sięgnąć. Musiałam się jednak zebrać i w końcu ruszyć ten temat, a kiedy usłyszałam: "Przeczytaj, bo warto", uznałam, że może już czas, nie ma zmiłuj i w ogóle... Koleżanka (ślę pozdrowienia) będzie mnie przepytywać z treści, bo sama była tym tytułem zachwycona. Nastawiam się zatem na dyskusję, ponieważ moim zdaniem Dygot nie jest majstersztykiem, chociaż to porządny kawał literatury.



Mnie się po prostu ta powieść podobała i chociaż język banalny, i nawet tematyka bliska, bo swojska i taka polska, to jednak długo męczyłam książkę Jakuba Małeckiego. Dygot jest opowieścią wyjątkową w swej dziwności. To historia, która niby jest oderwana od naszego świata, więc można do niej podejść z pewnym chłodem, a jednak tak blisko skóry, że aż parzy.

Wsi spokojna?

Akcja powieści toczy się na wsi - takiej prawie sielskiej i prawie anielskiej. Prawie, bo wiadomo, jak to na wsi bywa: ludzie gadają, a każdy, kto nie do końca pasuje do ogółu, spychany jest za margines. W sumie nic nowego, bo i w mieście bywają tacy, którzy nadmiernie interesują się życiem sąsiadów, a wydawanie sądów to taka nasza specjalność - chyba z pokolenia na pokolenie przejęta. Pewnie dlatego, chociaż nie tylko, ta książka jest taka bliska, taka niezaprzeczalnie prawdziwa, chociaż i pewna dawka tajemniczości oraz magii znalazła tu miejsce.

Dygot to saga - trzy pokolenia, dzieje rodu na przestrzeni kilku dekad (od 1938 do 2004 roku) - od czasów przedwojennych, przez wojnę, PRL, po współczesność. I cóż się w tym okresie zmieniło? Niewiele, niestety. Poza łatwym dostępem do informacji, nieco bardziej cywilizowanym podejściem do człowieka i może ciut większą otwartością na inność - nie zmieniło się praktycznie nic, a i te czynniki wyznaczające jakość istnienia w społeczeństwie są - delikatnie mówiąc - niewystarczające. 

Ogniwem łączącym wszystkie pokolenia jest Wiktor, ale to nie taki zwykły Wiktor, bowiem to człowiek o włosach, brwiach i rzęsach białych jak śnieg - cały jakiś taki biały. Wiktor jest albinosem; efektem klątwy, przeklętym wysłannikiem piekielnych mocy, demonem, który to zsyła na wioskę, rodzinę i całą planetę zło tego świata. To egzemplarz wyjątkowy, niespotykany i wcześniej nieznany, zatem - co nas nie powinno dziwić - nie ma on we wsi łatwego życia, a klątwa jego istnienia ciągnie się za nim do samego końca...

Dygoczesz, Czytelniku?


Trudno tak w kilku zdaniach nakreślić fabułę Dygotu, ponieważ to niezwykle złożona i mocno emocjonalna powieść. O czym jest zatem Dygot? O życiu, po prostu. O konieczności radzenia sobie z codziennością, która nie zawsze jest nam przychylna, chociaż - jak to w życiu - ma wiele barw. 

Życie to jeden, kurwa, wielki dygot.

O wszelkich blaskach i cieniach naszej podłej lub bardziej udanej egzystencji. Dygot to m.in.  strach przez życiem naznaczonym niepewnością, wspieranym bólem istnienia i przemijaniem; to wizja utkwienia w momencie, bezsensie i zapowiedź powolnego unicestwienia; to również konieczność czerpania z życia pełnymi garściami, chwytania tych wszystkich ulotnych chwil, które przelatują nam przez palce. 

(...) bała się już wielu rzeczy. Głównie tego, że w jej życiu nic już nie wydarzy.

Myślę, że te i inne jeszcze refleksje będą atakować Was niemal z każdej strony powieści, która notabene ociera się o miłość, przywiązanie, przemijanie, tolerancję (i jej brak), akceptację, dojrzewanie, oczekiwanie i, uogólniając, o wszystko to, co znane jest nam z autopsji. Dygot to powieść z magiczną poświatą - naznaczona fantastyką ludową, wierzeniami, zabobonem, które tworzą niesamowity klimat - ale niezwykle realna, do przyjęcia bez szemrania, do wchłonięcia w najodleglejsze zakamarki serca i umysłu. 

Interesująca fabuła (z zaskakującym zakończeniem i dodatkowym wątkiem kryminalnym), którą Autor naszpikował mądrością pokoleń, to nie wszystko. Warto pochylić się nad warsztatem pisarza, a styl ma wyjątkowy - niemal poetycki, prawie liryczny, a przy tym gładki i naturalny, czasem aż do bólu. 

Prawdę mówiąc, nie mam pojęcia, dlaczego przeczytanie tej książki zajęło mi kilka dni (3? może 4?). Może to konieczność zastanowienia się nad życiem, może chęć pozostania na dłużej w tej jednej, znaczącej chwili? A może to obawa przed tym, co znajdę we współczesności? Muszę przyznać, że nie zawsze było kolorowo, bowiem w klimat niewątpliwie trzeba dać się wkręcić - wejść w tę wieś wraz z jej wszystkimi przymiotami, celebrować, płakać i dziwić się razem z mieszkańcami.  I chyba z tym miałam największy problem - nie do końca dałam się porwać i może właśnie dlatego ta powieść mnie nie powaliła, chociaż niewątpliwie jest wyjątkowa, inna i świeża. 

Trudno jest przelecieć przez tę historię bez refleksji, a żeby ta była wartościowa - trzeba się nad niektórymi spawami pochylić... Tego czucia i przeżywania Wam życzę.