wtorek, 18 października 2016

"Autodestrukcja" na emigracji


Marzenia są piękne. Ale jeśli za bardzo opętają człowieka, nie pozostaje nic innego, jak zrobić wszystko, aby się spełniły.




Na tę książkę natknęłam się już jakiś czas temu. Tytuł wrył mi się w pamięć na tyle mocno, że dorwanie się do tej powieści było jedynie kwestią czasu. Nadarzyła się okazja, więc nie mogłam sobie odpuścić. No i jest, tzn. ja jestem po lekturze, zatem już dziś mogę opowiedzieć Wam o Autodestrukcji autorstwa Moniki Zajas - historii, w której się trochę pogubiłam.

Czy warto spełniać marzenia?


Na pewno pragniecie czegoś tak mocno, że bylibyście w stanie zrobić wiele, żeby TO (piękne, wyśnione i niedoścignione) w końcu osiągnąć, a nawet więcej - byle tylko sięgnąć tych upragnionych gwiazd. 




Tacy są właśnie bohaterowie Autodestrukcji - Anja, Alan i Patryk - których poznajemy w momencie, kiedy coś ewidentnie nie poszło po ich myśli, a samobójstwo wydaje się najlepszym wyjściem z sytuacji.

Anja śpiewa jak anioł, głosem gra na emocjach, drżeniem strun wprawia serca w drżenie. Pragnie być sławna, chce śpiewem przenosić góry, ale brak jej odwagi - zawsze zżera ją trema, nigdy nie czuje się na tyle dobra, by rzucić na wiatr te głębokie, zaklęte w niej tony. Kobieta pisze również teksty, jednak żyje w przekonaniu, że te najbardziej wartościowe powstają, gdy smutek i samotność panoszą się w jej wnętrzu. Czy miłość i obietnica wspólnej drogi usłanej różami będą w stanie przekonać ją do otwarcia się na nowe doświadczenia?

Patryk jest młodym informatykiem, który pragnie bogactwa. Jest członkiem licznej rodziny, w której się nie przelewało, więc i pragnienie bogactwa wydaje się uzasadnione - mężczyzna wierzy, że pieniądze otworzą mu drzwi do szczęścia, do wielkiego świata. Bohater postanawia zaryzykować: wkręca się w grę na giełdzie, która początkowo przynosi mu znaczne zyski. Hazard to pułapka, a gra uzależnia. Patryk nie zawsze ma szczęście i, jak się okazuje, czasem wystarczy zrobić o jeden krok za dużo, by ostatecznie się pogrążyć.

Alan ma dobrą pracę, w domu zawsze czeka na niego kochająca żona, jednak na brak miłosnych uniesień - tych przygodnych - nie narzeka. A wszystko to, bo Alan pragnie wolności, wyzwolenia się z ograniczających go konwenansów - kryzys wieku średniego, jak nic. Jego największym marzeniem jest reżyserka, w kierunku której poczynił nawet nieśmiałe kroki w młodości. Życie jednak wcale nie jest takie proste... Życie jest czasem bardziej skomplikowane niż jesteśmy sobie to w stanie wyobrazić - można, na przykład, przypadkiem zabić żonę, ale sami przyznacie, że żaden scenariusz nie będzie tak wiarygodny, jak ten "z życia wzięty".

Autodestrukcja to powieść o marzeniach - o tych wielkich i tych mniejszych, które potrafią zaprzątnąć myśli, stając się obsesją, by w końcu zmusić do rozprawienia się ze swoim wewnętrznym światem. Nie każdy podoła, bo chyba tak to już bywa, że czasem marzenia potrafią przerosnąć marzyciela.

Zgubiłam ślad


Przyznam, że historia wciągnęła mnie już na początku, co było efektem bardzo mocnego, konkretnego i niepokojącego wejścia. Pomyślałam sobie wtedy, że to będzie coś, co mnie powali, bo zaczyna się tak kusząco, że nie sposób się tu do czegokolwiek doczepić... Tak się na początku nakręciłam na tę opowieść, że w końcu moje oczekiwania (przypominam: po świetnym wstępie) były wysokie, ale krok po kroczku, rozdział za rozdziałem i niestety całość im nie sprostała. 

W historii znalazłam dokładnie trzy sceny, które były dla mnie wielkim "łał" - doskonałe i zaskakujące, a jednak całość ciągnęła się niepokojąco dennie. Kiedy już przysypiałam, Autorka rzucała mi na zachętę smaczny kąsek i tak oto doszłam szybko do końca.

Pomysł jest cudowny, świetny i wręcz niesamowity, bo tu w prostocie jest siła, a w przewrotności losu ludzkiego - moc, a jednak przekombinowane zakończenie mnie rozczarowało. Ostatnio coraz częściej spotykam się z tego typu zabiegami - to naprawdę bywa męczące. Z pewnością byłam zaskoczona, ale kosztem wybicia z rytmu.

Styl jest banalny, a język często kolokwialny - to mi naprawdę nie przeszkadza i często doceniam takie potraktowanie tematu, jednak czasem chciałaby się czegoś więcej, czegoś dopracowanego. Zważywszy na tematykę, można było dopieścić ten tekst i uczynić go czymś wyjątkowym. W tej formie niestety mnie nie poruszył, nie wzruszył, nie zawładnął mną - przeczytałam, po prostu przeczytałam i już. 

Mam bardzo mieszane odczucia, chociaż wcale się takich nie spodziewałam... Uogólniając, stwierdzam, że nie było źle, jednak dobrze też, nie do końca... Wiem, że wiele osób znajdzie w niej to COŚ, więc nie zniechęcam - w końcu tyle pozytywnych recenzji może świadczyć o świetności tej historii, która jednak moim światem nie wstrząsnęła, co przyznaję ze smutkiem.

 Więcej Book Tourów

Książka-Emigrantka (urzekła mnie nazwa) dotarła do mnie w ramach akcji Book Tour zorganizowanej przez Olę - właścicielkę bloga Aleksandrowe myśli. Oli pięknie dziękuję za możliwość przeczytania Autodestrukcji.



Autodestrukcja leci do kolejnej osoby, której życzę przyjemnej lektury. Mam nadzieję, że trafi w łapaki kogoś, kto (być może) ją doceni, bo to historia z potencjałem, niewątpliwie. Widocznie to nie książka dla mnie, chociaż przyznaję, że marzę, że wiele by mogła i wiele bym chciała, no i zapewne wszystko to mogłoby się zdarzyć, gdybym poszła w realizacji tych marzeń o krok za daleko.