niedziela, 23 października 2016

Kwiatki, harfy i Cyganie - ostatnia sprawa Meyera: "Florystka"

Nikt nie lubi, by zaglądać mu do serca,
zwłaszcza jeśli tam są zgliszcza.



To już trzecie i ostatnie spotkanie z cyklem o Hubercie Meyerze, jednak na pewno nie zakończę przygody z prozą Autorki. Przeczytam pozostałe książki Katarzyny Bondy, ale za jakiś czas - przyda mi się chwila wytchnienia od tej kryminalnej zawieruchy. Cóż mogę powiedzieć? Im dalej, tym lepiej. Po rozczarowaniu zakończeniem z pierwszego tomu, wyjaśnieniu i zaciekawieniu, które towarzyszyło mi w trakcie lektury drugiej części, nadszedł czas na... no właśnie, na co? 

Jeśli jeszcze nie czytaliście tego cyklu, zachęcam, choćby po to, by dotrzeć do Florystki.

O poprzednich tomach przeczytacie tu:


 Sprawa Niny Frank
Moja pierwsza sprawa


 Druga sprawa Huberta Meyera
Druga sprawa Huberta Meyera


Pod znakiem emocji

W poprzednich tomach trudno doszukać się jakichś większych emocji - ot, sprawa, dochodzenie i rozwiązanie - było ciekawie, zawile i z przytupem, ale bez pykania we wrażliwe struny czytelniczego serducha. Tutaj to co innego, we Florystce emocje buchają w czytelnika gęstą parą - tak to chyba bywa, kiedy sprawa dotyczy małego dziecka...


Straszniejsze niż widok zwłok jest to, co zbrodnia robi z żywymi. Umarli mają już spokój (...)

Bonda wprowadza nas w świat realny, podsuwając konkretną sprawę do rozwiązania: zaginęła mała Zosia - cygańska córka, dziewczynka obdarzona niesamowitym talentem, młodziutka, choć niezwykle obiecująca harfistka. Przepadała jak kamień w wodę, nie ma jej, nie wiadomo, gdzie się podziewa, o ile jeszcze w ogóle żyje. Wszyscy są podejrzani, każdy mógł mieć jakiś motyw, a Hubert musi się  (po nieudanej akcji, o której wspomina Autorka) zrehabilitować i podać policji sprawcę na tacy. Mężczyzna nie działa jednak sam, jak zwykle, i tym razem współpracuje z kobietą, ale na innych zasadach - jak równy z równym. Cierpi duma profilera, bo jak to tak, z babą?


Rzeczywistość to jednak nie wszystko. Bonda wprowadza nas w trans florystki, która kilka lat wcześniej straciła dziecko, ale twierdzi, że rozmawia z jego duchem. Jest mgliście, boleśnie, a do tego cała fabuła aż kipi oniryzmem. 


I po Meyerze

Florystka jest najlepszym z dotychczas przeczytanych przeze mnie kryminałów autorstwa Katarzyny Bondy. Dlaczego? 

Po pierwsze: opowieść jest pełna emocji - mamy okazję wejść w umysł zrozpaczonej matki, która nie potrafi pogodzić się ze stracą ukochanego dziecka. Istny sajgon, ale w bardzo ładnej, bo barwnej i pachnącej oprawie. 

Po drugie: Autorka znów podeszła z pełną powagą do zadania, gromadząc w jednym woluminie multum informacji, które nadają tej historii realistycznego posmaczku. Tym razem przedstawiła czytelnikowi społeczność Cyganów wraz z ich zwyczajami, wprowadziła nas w świat kielichów, łodyg i wiązanek, a dodatkowo wypełniła nasze umysły dźwiękiem harfy. 

Po trzecie: historia wciąga już na samym początku i, co ważne, jest "równa" - raźnym krokiem podążamy u boku Huberta oraz jego towarzyszki i dochodzimy do sedna. 

Cieszę się, że nie odpuściłam sobie tego cyklu. Z ogromną przyjemnością stwierdzam, że ta powieść jest dojrzała, przemyślana i ciekawa. Nie pozostaje oczywiście bez wad, ale na niewielkie potknięcia przymykam oko i cieszę się po prostu dobrą lekturą, którą śmiało polecę mojej mamie. Może trochę za dużo było tu hubertowej prywaty, która była gdzieś obok, dodatkowo; może nieco mi przykro, że ta część zaczyna się od wspomnienia akcji, której nie znalazłam w poprzedniej części. Może to wszystko nie jest idealne, może ciut w niektórych miejscach wybrakowane, ale mimo wszystko Florystka to dobry kryminał, który przeczytałam z przyjemnością. Warto było i tego się będę trzymać.


Przeczytaj fragment udostępniony przez Wydawcę.