czwartek, 13 października 2016

Moja pierwsza sprawa: "Sprawa Niny Frank"



Uważaj na swoje marzenia — mogą stać się przekleństwem, a za wszystko trzeba będzie zapłacić. Nie ma nic za darmo, zwłaszcza jeśli, by spełnić marzenie, próbujesz się przeistoczyć w kogoś, kim nie jesteś i być nie masz siły.




Kryminały czytam, lubię i cenię, chociaż muszę je przeplatać historiami z tzw. innej beczki. Książki z tego gatunku przeważnie dostarczają mi porządnej rozrywki, zmuszając do śledzenia, odkrywania i wysuwania własnych hipotez. Radość jest wielka, kiedy sprawa jest skomplikowana, a mi udało się ją rozwiązać. Często się jednak nie udaje, co nie oznacza, że przyjemność z czytania jest mniejsza, a lektura była stratą czasu - nie, absolutnie, ponieważ takie historie cenię jeszcze bardziej. Sprawa Niny Frank - debiut Katarzyny Bondy, do przeczytania którego bardzo długo się zbierałam  - pozostała przeze mnie nierozwiązana, sprawcy nie odstrzeliłam, uchował się skubaniec do samego końca.

Co tam u Niny?


Zapewne u Niny nic nowego... O tej książce napisano już tak wiele i tak wylewnie, że z pewnością moje wprowadzenie w historię jest zbędne, ale mimo wszystko, chociaż w dwóch słowach, chciałabym Wam coś o niej powiedzieć.



Nina Frank zostaje zamordowana. Jej ciało brutalnie rozorane potłuczoną butelką leży w pięknym, stylowym salonie. Nieopodal porzucono martwe i sztywne już psie truchło, które mąż aktorki uznał za niebywałą stratę. Czy małżonek, który nie żałuje biednej, poszatkowanej kobiety przyczynił się do jej odejścia? Z pewnością ma swój udział w sprawie, bo bicie i gwałcenie ukochanej nie wchodzi w skład powinności małżeńskiej. A może listonosz? Powiedzmy sobie szczerze, że żaden normalny człowiek nie ma w zwyczaju onanizowania się w domu swojej idolki... Hm, a jeśli to młody ochroniarz? W końcu znana jest zasada "powrotu na miejsce zbrodni". 

Tropów, moi drodzy, jest wiele i trupów również nie zabranie - zapewniam, że na aktorce nie poprzestaniemy. Wydaje mi się, że ta sprawa jest prawdziwą ucztą dla czytelnika, który lubi od czasu do czasu wcielić się w rolę detektywa i spróbować swoich sił w tropieniu winnego. Mnie się nie udało - dałam się wyprowadzić na manowce, ale na swoje usprawiedliwienie mam tylko tyle: sprawca jest naprawdę tak dobrze chowany przez Autorkę, że trudno go ostatecznie zdemaskować.



Sama sprawa nie miałaby sensu, gdyby chodziło jedynie o kata i jego ofiarę. Znamy tych wszystkich detektywów i policjantów, śledczych i prokuratorów, którzy ganiają za jednym (przeważnie) winnym. Zawsze biegniemy z nimi... A tu, proszę, można podać czytelnikowi coś innego, można podsunąć postać ciekawą, bo odstającą od tych znanych i lubianych. Główny bohater może nie jest taki całkiem wyjątkowy, bo i przystojny, i inteligentny, i nawet lubiany - jak większość głównych postaci z każdego książkowego świata - ale Huber Meyer jest profilerem, czyli takim trybikiem w maszynie prawa, który tworzy profil mordercy, a robi to - uwaga - za pomocą swojego umysłu, wykorzystując obserwację i powoli dochodząc do sedna. Pierwszy raz spotkałam się w kryminale z taką postacią, bo psycholog policyjny jest mi już znany, ale profiler w roli głównej? Przyznaję, że to było zaskoczenie - przyjemne i ciekawe, bo inne. Niestety nawet z otrzymanym od Huberta Meyera profilem sprawcy, nie potrafiłam dojść do rozwiązania. Nie wiem, czy ktoś tego dokonał. 

O dochodzeniu - a mam tym razem na myśli zakończenie tej historii - można powiedzieć wiele i, niestety, niewiele dobrego. Finał opowieści zaskoczył mnie, ale w taki niesatysfakcjonujący sposób. Moim zdaniem ostatnie dwa rozdziały są z tyłka wyjęte - brzydko pachną, zalatując tandetą i w ogóle nijak się mając do tej historii, którą chwilę wcześniej czytałam przecież z (mniejszą lub większą) przyjemnością. Jeśli lubicie być zaskakiwani - na pewno będziecie i może Wam takie rozwiązanie przypadnie do gustu, mnie niestety nie porwało i rozczarowało...

No i o czytaniu... 


Opowieść wciągnęła mnie od początku - mocne wejście, nieco erotycznie, trochę enigmatycznie, z lekkim niesmakiem - było w porządku. Potem okazuje się, że jest jeszcze więcej tajemnic, a każda kolejna związana jest w jakiś sposób z ofiarą. Nina, zostawiając swój dziennik, zdradza prowadzącym śledztwo (poza profilerem pojawia się jeszcze postać tubylca - policjanta Kuli, który pilnuje prządku we wsi) co ciekawsze smaczki ze swojej przeszłości - niektóre szokują, inne są słabe - jak to w życiu nastolatki, a potem dorosłej kobiety bywa. Nuda przeplata się z akcją, a perwersja ze świętoszkowatością. Tak samo było z językiem - raz był wymuskany, niemalże doskonały, innym razem było kiepsko i drętwo... 

I chyba tyle, bo cóż więcej można dodać? Książkę czytało mi się dobrze, chociaż tyłka (przede wszystkim przez to zakończenie!) nie urwała. Było ciekawie, czasem nudno, ale w ogólnym rozliczeniu uznałam, że jest ok. Jeśli wezmę pod uwagę fakt, że to debiut, od razu mam ochotę na coś więcej, bo może kolejne części zaskoczą mnie czymś więcej.

Co mnie cieszy? Od dawna lawirowałam między opiniami o tej książce, bo chyba już wszyscy czytali Bondę! Wniosek będzie banalny, kiedy stwierdzę, że najlepiej jest przeczytać książkę samemu, by móc ją ocenić, prawda? Logiczny nawet... Zachęcam Was do spróbowania, jeśli jesteście w tej grupie, która jeszcze tej historii nie czytała, a ja? Ja biorę się za kolejny tom, o którym na pewno Wam wkrótce opowiem. Założyłam sobie, że  doczytam, oj doczytam!