wtorek, 11 października 2016

"Niezapominajki": ku pamięci, dla pokrzepienia


Każdy radzi sobie sam,
wybiera własny rodzaj ucieczki.



Niezapominajki  to niepozorna, bo cienka książeczka - takich obawiam się najbardziej... Zawsze zastanawia mnie, czy można w tak krótkiej opowieści zawrzeć coś konkretnego. Kiedy jeszcze dochodzi do tego poważna i ważna tematyka, kiedy dedykowana jest "tym, którzy kogoś stracili" moje obawy rosną, a książkę od razu podejrzewam nie o brak emocji, bo te, uwzględniając tematykę, są niejako wpisane w treść, ale o potraktowanie historii "po łebkach". Monika Fudali na szczęście uniknęła płycizny, a Niezapominajki to spójna, naznaczona wielką tragedią, opowieść... i chociaż tematyka jest nieprzyjemna, to jednak taka historia, którą wspomina się z ciepełkiem.

Bolesna strata

Nie będę kombinować, bo trudno napisać tu coś innego... Strata bliskiej nam osoby boli zawsze - mniej lub bardziej, ale trudno jest przejść nad tego typu zdarzeniami do porządku dziennego; to się  nie dzieje ot tak, a smutek nie mija od razu, o ile w ogóle. Na odbudowanie swojego świata, w którym zabrakło ważnego dla nas elementu, nie ma konkretnej recepty, sprawdzonych rozwiązań, a żelazne postanowienia też na nic się zdają. Strata bliskiej osoby po prostu boli.



Chris stracił siostrę. Emily zginęła w wyniku wypadku samochodowego - padła ofiarą pijanego kierowcy. Już w tym miejscu - niemal na początku tej historii - nóż nam się w kieszeni otwiera, bo jak tu się nie złościć, kiedy dotyka nas bezsensowna śmierć młodej osoby, która miała przed sobą całe życie? Wiem, że to grząski temat, bo śmierć jest moim zdaniem zawsze bezsensowna, ale czy nie boli bardziej, kiedy można jej było uniknąć? Czy nie trafia mocniej, kiedy to rodzic musi pochować swoje dziecko? Wiecie, wydaje mi się, że w czasie lektury Niezapominajek będziecie mieli okazję do zastanowienia się nad wieloma takimi sprawami. Autorka porusza tu zagadnienie straty, mówi o bólu, którego nie da się tak po prostu załagodzić, a przy tym zwraca uwagę czytelnika na pamięć o zmarłych i, niestety, na ulotność tej pamięci. Nie jest to jednak taka smutna historia, jaka się zapowiada, ponieważ można znaleźć w niej ukojenie i przez chwilę poobracać się w ciepłym klimacie. To opowieść o poszukiwaniu siebie na nowo, o budowaniu świata z tych porozwalanych cegiełek, które zostały, oraz o próbie zrozumienia czyjegoś bólu, zwrócenia uwagi na to, że nie jest się jedyną osobą na świecie, która musiała kogoś pożegnać - a ile głów, tyle różnych oblicz smutku...

Nasz bohater znajduje siebie w sztuce, odkrywa krok po kroku w kolejnych pociągnięciach węglem, a obcowanie z młodym Dantem - czternastolatkiem nad wyraz poważnym, który jeździ na wózku inwalidzkim, okazuje się niezwykle wartościowym doświadczeniem, no i te niezapominajki... ale już nic Wam więcej nie powiem!

Czy warto?

Książkę czyta się szybko, na co ma wpływ jej niewielka objętość. Nie jest to historia skomplikowana, ale przyznaję, że zakończenie może zaskoczyć, a czy na korzyść, musicie przekonać  się osobiście, bo wydaje mi się, że każdy odbierze ten finał inaczej.

Historia na pewno potrafi pokrzepić, chociaż mi strasznie brakowało w niej takiej porządnej, ogromnej i powalającej dawki emocji, co też zapewne wynika z jej objętości. Brakowało, ale już nie brakuje, bo myślę sobie, że tej historii, jeśli wchodzi się w nią z własnym bagażem na plecach, nie trzeba jakoś specjalnie podkręcać. Wszystkie emocje wyjdą tu od czytelnika, a książka może pomoże je nieco poukładać. Może, bo wiadomo, że każdy cierpi w środeczku, po swojemu.

Dedykowanie tej książki osobom, które kogoś straciły jest strzałem w dziesiątkę, bo tym, które nie poniosły straty, nie polecałabym jej z zapałem. Wydaje mi się, że to lektura, która może otworzyć oczy na możliwości, może zmusić do refleksji, ale dla osoby "postronnej" może nie znaczyć nic... Przy czym podkreślam tu słowo "MOŻE", bo ani w jednym, ani w drugim przypadku tak być nie musi.