niedziela, 30 października 2016

Spowiedź "Preparatora"


Człowiek myśli, że nic się nie stanie, że będzie sobie żył, śmierć oddala od siebie, wcale nie myśli o niej, a ona przychodzi w najmniej spodziewanym momencie.



Jak zaskoczyć czytelnika? Można tego dokonać na wiele sposobów, ale czy nie najciekawiej jest wtedy, gdy najpierw zagadana się go "na śmierć", by potem wstrząsnąć fundamentami jego jestestwa? Czy nie najwytrawniej jest bajdurzyć, czarując opowieścią, by w końcu wylać na świat trujący jad? Taki właśnie jest Preparator autorstwa Huberta Klimko-Dobrzanieckiego. Spowiedź w pięknej oprawie - wyzwanie, które zaskakuje.

Chwila radości jest krótsza od chwili smutku,
nawet gdyby liczyły tyle samo minut.

Spowiedź Preparatora


Kim jest tytuły bohater tej historii? Zaskoczeniem nie będzie dla Was to, że preparatorem, jak jego ojciec. Zawód, nie oszukujmy się, bliski tabu, zatajony, okryty zasłoną milczenia. To taka robota, która jest blisko śmierci, ale służąca zbliżeniu się do życia. To taka magia, która nadaje chłodowi ciepłego wizerunku. I tym właśnie zajmuje się preparator - przywraca piękno skradzione przez śmierć.

To tematyka trochę przerażająca, która mocno niepokoi, chociaż winna być nam bliska, w końcu to, poniekąd, nasze przeznaczenie.




Tytułowy Preparator prowadzi czytelnika do początków. Wprowadza go w stan uśpienia, opowiadając bogato o swojej młodości, prostych ludzkich problemach przeciętnego człowieka, który różnił się chyba tylko tym, że był leworęczny, a z czasem zaczął się jąkać. Poznamy jego pierwszą miłość, lęki i wielkie marzenia, spojrzymy na człowieka, który chciał "coś" osiągnąć, ale po drodze zdarzyło się tak wiele, że nie był w stanie unieść tych wszystkich głazów, które co rusz spotykał na swojej drodze. Porozmawiamy o religii, uczuciu, Hitlerze, o chwili i przemijaniu, o nadziei i beznadziei - wejdziemy w umysł bohatera, który mami nas gładką gadką, by chwilę później odkryć przed nami zło tego świata - chore miłości, chłodne zwłoki, szaloną matkę, okowy wiary i potem - zbrodnię, która wstrząsnęła swego czasu Łodzią, ale nie tylko... w końcu informacja rozeszła się jak ciepłe jeszcze bułeczki po całej Polsce - takie rzeczy zawsze szokują i odbierają nam poczucie bezpieczeństwa. W takich chwilach dumamy, na czym ten świat stoi i czy aby na pewno takie rzeczy dzieją się gdzieś niedaleko, obok nas.

Mocno, ale subtelnie


Trudno określić, w czym tkwi moc Preparatora. To taka leniwa historia, która z jednej strony potrafi nas wciągnąć, z drugiej zanudzić - wydaje mi się, że albo damy się porwać, albo poczujemy lekkie rozczarowanie. Ja wciągnęłam się w ten, roboczo mówiąc, dialog od razu. Urzekła mnie lekkość słowa, gra słów i taka pozorna normalność, która zwiastuje kłopoty. Dialog? Owszem, tę właśnie formę przedstawienia treści przyjął Autor, jednak skłaniałabym się tu ku monologowi, ponieważ to Preparator czaruje nas słowem, burzy nasze mury, przekracza granice (dla wielu z pewnością granice dobrego smaku), mówiąc otwarcie i dywagując często bez opamiętania... To taka historia, która odznacza się subtelnością, emocją i rozbudowaną treścią - sporo wspomnień przed nami... i z pewnością porządna dawka pytań, na które sami musimy sobie odpowiedzieć. Ta historia może wywołać dyskusję na temat moralności, znaczenia przypadku w życiu człowieka czy przekleństwa miłości - tej pierwszej, często pochowanej w zalążku.

Mnie Preparator zachwycił i wydaje mi się, że jeśli popłyniecie z nurtem tej opowieści, jeśli tylko dacie się porwać leniwej rzece i rzucić bez walki o niejeden kamień, będziecie usatysfakcjonowani podróżą w głąb duszy, którą zafunduje Wam główny bohater. To spowiedź człowieka, któremu w życiu nie wyszło, chociaż mogło. To historia bolesna, a przy tym wyszeptana z delikatnością i polotem. To również zakończenie, które wstrząśnie niejednym delikatnym serduchem...