poniedziałek, 31 października 2016

Słuchacz czy dyrygent?: "Behawiorysta"


Jakikolwiek dylemat przed wami stanie,
zblednie, gdy przypomnicie sobie "Koncert krwi".


Zapowiedź Behawiorysty, która pojawiła się na stronie wydawnictwa Filia, od razu przykuła moją uwagę. Kojarzycie dylemat wagonika (zwany również dylematem zwrotnicy)? Zabić kogoś, by uratować kogoś innego? Intrygujące, nieprawdaż? Wykorzystanie tego motywu mocno mnie zaintrygowało - zadziałał chyba mój pociąg do psychopatów. Spory wpływ na chęć przeczytania tej książki miały też emocje skutecznie podsycane na stronie koncertkrwi.pl - nietypowy, acz z pewnością skuteczny i mocny sposób na reklamę powieści. Ja dałam się złapać, nie pozostałam bierna... i tak - od decyzji, do decyzji - moje zainteresowanie wciąż rosło. To właśnie Behawiorysta  jest pierwszą autorstwa Remigiusza Mroza, z którą miałam do czynienia (Autor stwierdził, że nada się na pierwsze posiedzenie, więc zaufałam). Cóż mogę stwierdzić po lekturze? Było tak gorąco, że aż mnie zmroziło! 



Kompozytor i Behawiorysta


Co znajdziecie  w Behawioryście? 

Po pierwsze ogromny ładunek emocjonalny - oj, będzie bolało. Wasz oddech przyspieszy wielokrotnie, by chwilę później ugrzęznąć w piersi... Napięcie nie odstąpi Was na krok, a umysł zostanie zmuszony do pracy na najwyższych obrotach. Wejdziecie w świat dylematów, ale nie takich błahych, banalnych - będzie mocno, krwawo i cholernie ciężko, bo czy tego chcemy, czy będziemy z tym walczyć i tak damy się wciągnąć w arię Kompozytora... Nie podejdziemy do tego "na sucho", ale po cichu, z namaszczeniem dokonamy wyboru i, co gorsza, nie ma mowy o lepszej opcji. Chcielibyście mieć możliwość decydowania o czyjejś śmierci? Podejrzewam, że niewielu czerpałoby z tego przyjemność, ale kiedy mamy szansę uratować jakieś życie, czy nie staniemy na wysokości zadania?

Chcieliście przyjrzeć się tragediom z bliska? Otrzymacie taką możliwość. Chcieliście móc wpływać na rozwój wydarzeń? Ja wam to zapewnię. Pragnęliście widzieć rzeczy, których nikt nie chciał wam pokazywać? Ze mną zobaczycie wszystko.

Po drugie, kiedy już mamy czarny charakter, powinna pojawić się jakaś przeciwwaga. Autor wprowadził jednak postać, której daleko do krystalicznej czystości - Behawiorystę. Gerard Edling zyskał moją sympatię od razu. Uwielbiam dziwnych bohaterów, którzy skrywają jakiś mroczny sekret, a do tego odznaczają się inteligencją, a przy tym jeszcze intrygują i niepokoją. Mam nadzieję, że nigdy takiego osobnika nie spotkam, bo groźba prześwietlenia na podstawie gestów niesamowicie mnie przeraża... Wyobrażacie sobie? Ktoś patrzy na Was i niemal od razu potrafi stwierdzić, co Wam chodzi po głowie? Brrr! 

(...) w  kinezyce, jeden gest nic nie znaczy. Liczy się dopiero jako element całości... ale jednocześnie całość nie ma sensu, jeśli nie zinterpretuje się pojedynczych części.

Po trzecie, kiedy już mamy dwóch szaleńców, musi akcja! A tej w Behawioryście nie brakuje. Będzie dochodzenie, ofiary, pościgi, więzienia, zapyziałe wsie, mroczne osiedla i kolorowe przedszkola. Akcja pędzi, a Autor nie odpuszcza nam nawet na moment. To ten typ powieści, który uwielbiam, ale też ten, którego nienawidzę, bo wiecie: zaczynam czytać i nie mogę skończyć, czuję, że po prostu nie jestem w stanie odłożyć książki, a kiedy muszę - gdzieś tam dopuszczam do głosu zdrowy rozsądek cicho szepczący, że rano czeka mnie pobudka - myślę o niej cały dzień, z niecierpliwością wyczekując nocy i możliwości powrotu... I tak właśnie podziałała na mnie ta historia, zagnieździła się gdzieś w umyśle i wciąż, przy mieszaniu zupy czy myciu zębów, uparcie wypływała na powierzchnię.

Czy pierwsze spotkanie z Mrozem było udane? Mam nadzieję, że macie żadnych wątpliwości - jestem zachwycona!

Taki mamy klimat


Z pewnością na tak pozytywny odbiór tej powieści miały wpływ nie tylko te, ale i inne czynniki. 

Kiedy przeczytałam dedykację "Mieszkańcom mojego rodzinnego Opola", jakoś tak ciepło mi się zrobiło, bo to również moje rodzinne miasto. Spacerowałam po opolskich uliczkach, spoglądałam na znajome budynki, odwiedzałam znane mi dzielnice i pobliskie wsie... To było coś! Autor zabrał mnie w podróż po rodzinnej miejscowości, ale pozwolił mi spojrzeć na nią z zupełnie innej strony, bo kto w Opolu spodziewałby się zbrodni na taką skalę? Nikt, kompletnie nikt.




Ujął mnie również muzyczny motyw - krwawe takty, które zaserwował Remigiusz Mróz, były przemyślane i pełne wdzięku, mimo swego tragicznego brzmienia. "Koncert krwi" zrobił na mnie ogromne wrażenie, poruszył te wrażliwe struny, które dawno nie drgały -  pozwoliłam Kompozytorowi zagrać na moich emocjach, a potem - cóż za masakra! - wcieliłam się, chcąc nie chcąc, w rolę jednego z dyrygentów... I chyba właśnie to jest to, co tak mnie urzekło w tej historii: nie pozostałam na nią obojętna, nie przeszła bez echa, a przy tym wybrzmiała mocno i melodyjnie w moim umyślenie.

Żeby nie było tak pięknie! Znalazłam kilka niedociągnięć, jakieś tam pomieszanie faktów, może nawet jakieś literówki, ale takie malutkie uchybienia nie mają w tym przypadku (przynajmniej dla mnie) żadnego znaczenia. Mnie ta historia wciągnęła, zmusiła do działania, zastanowienia się nad kierunkiem tego pędzącego wagonika... Chyba w każdym z nas jest odrobina psychopaty, może nawet większa niż podejrzewaliśmy...

Sprawdzicie siebie? Słuchacz czy dyrygent, jak myślicie, kto w Was siedzi?