sobota, 8 października 2016

Szaleństwo tkwi w szczególe: "American Psycho"


Moja... moja potrzeba folgowania... własnym morderczym instynktom na skalę masową jest, hm, nie do przezwyciężenia.



American Psycho to tytuł znany chyba każdemu, nawet jeśli nie otarliście się o wersję papierową, to z pewnością kojarzycie jej filmową odsłonę. Mnie tytuł był znany, owszem, ale wcześniej nie oglądałam ekranizacji - jakoś się nie złożyło, poza tym wychodzę z założenia, że zawsze lepiej jest wziąć na pierwszy ogień książkę - takie moje upodobanie. Książka wypatrzona na empikowym regale, chwycona bez zastanowienia i wymęczona w domowym zaciszu - nocą i w czasie gotowania obiadu (czytanie tej historii przy kucharzeniu to błąd - wystrzegajcie się tego (w ogóle nie łączcie tej książki w żaden sposób z jedzeniem).

Psychopata zaawansowany


Patrick jest młodym, zamożnym, wysportowanym i przystojnym yuppie. Jego czas wypełniają niekończące się wizyty w najlepszych restauracjach, ciągłe rozmowy na temat mody i stylu bycia, ćwiczenia fizyczne, które pozwalają mu na rozładowanie gromadzącego się w każdym mięśniu napięcia, seks oraz mordowanie.



American Psycho to długie rozmowy o krawatach, marynarkach i wyposażeniu domu - dostaniecie tu do bólu szczegółową charakterystykę postaci - główny bohater zaprezentuje Wam każdy guzik czy spinki do mankietów, zaznaczając przy tym firmę, która wyprodukowała każdy łaszek, w jaki jest ubrany jego rozmówca i on sam. Dowiecie się, co ten dwudziestosiedmioletni mężczyzna trzyma w mieszkaniu, jaki to ma kolor, z jakiego jest materiału, a nawet poznacie dokładne parametry sprzętu, z którego korzysta. Wybierzecie się w podróż po najlepszych, najpopularniejszych i najnowszych knajpach oraz restauracjach Nowego Jorku, w których skosztujecie najbardziej wymyślnych potraw, o których zapewne Wam się nie śniło. Wszystko, co widzi i czego smakuje Patrick, zobaczycie, poczujecie i Wy. To drażni, męczy i często nudzi - to nieskończona wyliczanka kolejnych elementów rzeczywistości.

Ale! 
Drobiazgowość Ellisa ma jednak i dobre strony, o ile dobrem można nazwać pozbawienie kogoś życia w sposób brutalny, wyrafinowany i - tak potocznie mówiąc - obrzydliwy. Każdy oderwany sutek, kolejny przewiercony ząb, pojedynczy gwóźdź wbity w miękką skórę i niejeden odgryziony w morderczym szale strzęp ciała zobaczycie dokładnie, dotkniecie go, obrócicie w palcach i w końcu przeżujecie. Powiem Wam szczerze, że w żadnej innej książce (a przeczytałam ich sporo) nie znalazłam tak plastycznych opisów pastwienia się nad ofiarą - wszystkie włoski stają dęba na samo wspomnienie tych ekscentrycznych ekscesów. 

Patrick jest mordercą, kanibalem, nekrofilem z urokiem osobistym, wypchanym portfelem i niezaspokojoną potrzebą wyrządzania krzywdy często przypadkowym ludziom. A może tak mu się tylko wydaje, a wszystkie zbrodnie siedzą jedynie w jego głowie?

Trud czytania


Jeśli szukacie historii, która Wami wstrząśnie - tak porządnie, ale bez większych oczekiwań w odniesieniu do akcji, to z pewnością American Psycho zaspokoi Waszą czytelniczą ciekawość. Kolejne zbrodnie są opisane niezwykle sugestywnie, mocno i tak obrzydliwie, że czasem szczęka opada - pozostawiają niesmak i poczucie krzywdy. Autor wchodzi do naszych umysłów, torując sobie wcześniej drogę tymi wszystkimi markami, opisem etapów golenia czy smakiem egzotycznych potraw, by potem - tak bez pardonu i jakiegokolwiek przygotowania - walnąć nas obślizgłym, ociekającym czerwoną i lepką do granic możliwości krwią kawałkiem, jeszcze przed chwilą, żywego mięsa. 

To jedna strona medalu... z drugiej mamy dokładny wgląd w życie młodego yuppie. Wchodzimy w świat portfeli ze skóry gazeli, kosztujemy sorbetu ze smoczego owocu, wciągniemy kreskę, którą zapijemy jakimś mocnym trunkiem - koniecznie rasowym. To świat seksu, zabawy, narkotyków, restauracji, papierów i ciemnych zakamarków Nowego Jorku widocznych z okien taksówek. 

Mam bardzo mieszane odczucia odnośnie do American Psycho... Żadna książka nie wywołała we mnie do tej pory  tak kompletnie skrajnych uczuć. 

Z jednej strony myślałam, że padnę z nudów, kiedy czytałam o kolejnej knajpie, wyjściu, telefonie czy marynarce. Z drugiej - dostałam przecież doskonałe tło, świetną charakterystykę bohatera - tak dokładną, że widziałam i jego, i wszystko, co miał przed oczami.

Drobiazgowość i mnogość szczegółów (często zupełnie niepotrzebnych) nudziła mnie niemiłosiernie, jednak kiedy skończyło się balagowanie, a nastał czas zbrodni... byłam zachwycona dokładnością opisów ofiar, zdarzeń... To chyba źle o mnie świadczy, ale te opisy naprawdę są wyjątkowo okrutne i to największa zaleta tej książki.

To tak naprawdę historia nieciekawa, bo niewiele się w niej dzieje - brakuje tu uporządkowanej, wciągającej akcji, ale ma coś w sobie i na pewno zostanie w mojej głowie - każdy jej fragment zostanie ze mną na długo... Opowieść czyta się mozolnie, na co mają wpływ trzy czynniki: wspomniana szczegółowość, ponad 500 stron i, nad czym ubolewam, błędy w tekście (interpunkcja i ortografia - pisownia "nie" z rzeczownikami). Na pewno trzeba sobie dawkować to szaleństwo - na jeden raz się nie da.

Nie wiem, czy mam Wam polecić tę książkę, czy lepiej odradzić. Nie wiem, czy zachwalać tę drobiazgowość, czy odrzucić, jako pierdzielenie o niczym. Nie wiem, czy te wszystkie opisy ciuchów, miejsc i potraw są warte uwagi, czy zachwalać wnikliwość autora, która jest największą zaletą tej historii i największym utrapieniem czytelnika.

Ja nie wiem, ale jeśli Wy wiecie, to zróbcie, jak uważacie... na własną odpowiedzialność.