sobota, 29 października 2016

Ulicami "Papierowych miast"


Każdy ma swoją Margo - a każda z nich bardziej przypomina zwierciadło niż okno.



O Papierowych miastach czytałam już jakiś czas temu u Kaśki z Poligonu Domowego, wtedy też wciągnęłam tę książkę na listę "do przeczytania". Oczywiście wciąż odkładałam ją na później - potrzebowałam impulsu do działania. I takowy się pojawił - książkę przeczytałam w ramach lektury miesiąca, którą omawiamy w Klubie Książki Przeczytaj i Podaj Dalej. Przeczytałam, owszem, ale gdyby nie konieczność późniejszego omawiania tej historii, odpuściłabym sobie bez żalu...

Papierowe miasta


Papierowe miasta autorstwa Greena to historia młodych ludzi - nastolatków - Margo, która od zawsze kochała tajemnice oraz nieco wycofanego, ale przyjemnego Quentina. Młodzi zostali połączeni kilka lat wcześniej dramatycznym zdarzeniem - znalezieniem nieboszczyka. Od tamtej pory jest między nimi jakaś, może nie wyjątkowo mocna, ale trwała relacja. Quentin prowadzi raczej spokojne życie: mieszka z rodzicami (psychologami), powoli przymierza się do wyboru  uczelni, ma znajomych, nie ma dziewczyny. Jest taki, jak miliony innych osiemnastolatków w jego wieku, na całej kuli ziemskiej. I nagle w jego pokoju pojawia się Margo (wlazła przez okno). Dziewczyna wyciąga go w środku nocy z domu i wciąga w swój diaboliczny, ale jakże przemyślany plan zemsty. Wędrują po mieście pod osłoną nocy i wymierzają karę tym, którzy w jakiś sposób podpadli szalonej dziewczynie - Margo nie ma litości, a nocna eskapada staje się jednym z najbardziej intensywnych przeżyć Quentina. 



Margo znika - nie pierwszy raz, bo już wcześniej zdarzały się jej ucieczki z domu - dla rodziców, nauczycieli i znajomych to norma, więc nikt się tym szczególnie nie przejmuje, ale do czasu. Kiedy dziewczyna nie wraca przez kilka dni, Quentin wyrusza (kierowany niejasnymi wskazówkami) na misję poszukiwawczą.

Chyba jestem za stara


Z pewnością na uwagę zasługuje fakt, że bohaterowie Greena są papierowi - istnieją tylko w wyobrażeniu, tak jak fikcyjne papierowe miasta, które istnieją jedynie na mapach. Nasze wyobrażenia często mają niewiele wspólnego z rzeczywistością - czasem, a nawet częściej, coś nie jest takie, jakim się wydaje, a my karmimy się zakłamanym obrazem, który pieczołowicie pielęgnowaliśmy w myslach. To może nieco zagmatwane, ale Green przedstawił ten motyw w sposób tak banalny, że z pewnością jego znaczenie będzie zrozumiałe dla wszystkich.

Chyba tym właśnie charakteryzuje się proza tego autora - pod płaszczykiem prostoty, ze sporą dawką humoru, opisuje nam świat, tłumacząc wszelkie jego zawiłości. Tworząc bliskich nastolatkowi bohaterów, pozwala mu na zbliżenie się do sedna sprawy oraz daje możliwość odniesienia tej historii do siebie.

Chyba jestem już na to za stara... Przykre, ale prawdziwe. Książka może i ma przekaz, dość istotny nawet, jednak niczego konkretnego nie wniosła w moje życie - nastoletnie bunty, odkrywanie swojej tożsamości i poszukiwanie furtki, którą mogłabym się wcisnąć w dorosłość - mam już za sobą. Historia mnie nie porwała, kompletnie, chociaż zapowiadała się naprawdę fascynująco (mocny wstęp był, ale wszystko rozmyło się w trakcie lektury). Z pewnością znajdą się tacy, którzy wyciągną z tej opowieści znaczące wnioski, które zmienią ich życie - mnie to nie spotkało. Historia jest banalna, lekka, a do tego zakończenie jakby zamglone - brakowało mi takiego porządnego pierdzielnięcia, chociaż muszę przyznać, że finał mnie zaskoczył, ale i nieco rozczarował. 

Książkę czyta się bardzo szybko, a kolejne przygody wciągają, dając obietnicę "czegoś wielkiego", niestety moim zdaniem niespełnioną. Gdybym nie zobowiązała się do przeczytania Papierowych miast, odłożyłabym tę książkę albo chociaż przekartkowała, byle tylko dojść szybko do końca tej opowieści.

A może po prostu proza Greena mi nie leży? Pamiętam ten okres, kiedy wszyscy zachwycali się książką Gwiazd naszych wina. Ja się nie zachwycałam, ale doceniłam tematykę - niewątpliwie ważną, a przekazaną zgrabnie i z humorem (o co ciężko w przypadku raka). Może po prostu to już nie dla mnie? Chociaż mam jedno "ale"... znam takie historie dla młodzieży, które potrafią wciągnąć nawet kobietę po trzydziestce, które wzruszą, poruszą i nie pozwolą o sobie zapomnieć. Papierowe miasta do tychże nie należą.