czwartek, 10 listopada 2016

Czy warto grzebać w przeszłości?: "Zimne popioły"

Tajemnica nie jest kłamstwem wynikającym z przemilczenia (...) Jest negatywem fotografii, ukrytą rzeczywistością, która żyje własnym życiem (...)




Wiecie, że Guillaume Musso ma brata? Otóż ma, a na imię mu Valentin. O tym, że Valentin pisze, dowiedziałam się niedawno, przy okazji recenzji Tej chwili, kiedy więc na Legimi znalazłam Zimne popioły - jedyną dotychczas wydaną w Polsce powieść pisarza - długo się nie wahałam, bo i tematyka w moim klimacie, i do tego kryminalna powłoczka w zestawie. Wzięłam się za te Zimne popioły, które męczyłam blisko tydzień, bo chociaż nie jest to książka zła, kiepska czy nawet nieciekawa, po prostu między nami nie do końca zaiskrzyło...

Czy warto grzebać w przeszłości?


Historia toczy się tu dwutorowo, a i narracja nie jest jednolita. Z jednej strony dostajemy opowieść współczesną, która płynie z ust mężczyzny odkrywającego sekrety swojej rodziny. Z drugiej strony śledzimy rozwój śledztwa (tu narracja trzecioosobowa) - żandarmeria prowadzi sprawę zamordowania osiemdziesięcioletniej kobiety (tu właściwie niewiele się dzieje). I na koniec powrót do przeszłości, a tu wędrówka po niemieckim ośrodku, w którym to dokonywano selekcji "tych lepszych" kobiet mających wspomóc Hitlera żywym skarbem - dziećmi doskonałymi, niemowlętami "czystej rasy". 




Autor połączył te trzy, pozornie odległe i z początku nie dające się powiązać, sprawy w zgrabną intrygę, która prowadzi do jednego - Aurélien powoli, ale skutecznie odgruzowuje prawdę o swojej rodzinie, która została nakryta potężną płachtą kłamstwa. Jak wiadomo, kiedy już raz się skłamało, niezwykle trudno jest się potem przyznać, a prawda odkryta za późno może być przyczynkiem do tragedii... Często mówimy, że wolimy najgorszą prawdę niż najpiękniejsze kłamstwo. Śmiało prawimy, że nie lubimy, kiedy ktoś ma przed nami jakieś tajemnice, a już tym bardziej, kiedy dotyczą one nas w jakimś - mniejszym lub większym - stopniu... Czy na pewno warto odkrywać wszystkie sekrety?

Nie zaiskrzyło, niestety


Motyw rozliczenia z przeszłością poprzez odkrycie rodzinnej tajemnicy często występuje na kartach powieści. Jednym autorom realizacja tego tematu wychodzi lepiej, innym nieco słabiej. Musso bardzo sprawnie wyjawia nam pogrzebane kilkadziesiąt lat wcześniej tajemnice, a wykorzystując czasy wojny, skutecznie podsyca zainteresowanie czytelnika. Jednak... nie zaiskrzyło! Co prawda język powieści jest bardzo przystępny, a styl lekki i przyjemny (mimo pewnych okropności, które przewijają się co jakiś czas w kolejnych rozdziałach), jednak książkę czytało mi się bardzo opornie i niestety, jak to się mówi, było bez szału. Historia - może nie cała, ale wiele jej aspektów -  wydała mi się naciągana, a bohaterowie podejmujący dziwne decyzje nie zyskali mojej sympatii - ta cała farsa nie przekonała i prawdę mówiąc, było mi wszystko jedno, co z tego wyniknie. 

Zabrakło też wypieków na policzkach, nie pojawiła się żadna łezka - ta powieść nie wniosła niczego w moje życie - nie poruszyła mnie, nie wywołała współczucia i nie zainteresowała na tyle, bym nie mogła jej odłożyć; odkładałam często i bez większego żalu.

Mimo wszystko nie porzuciłam Zimnych popiołów, ale doczytałam je do końca i, co ważne, ten finał zmusił mnie do refleksji - nie nad przeszłością i sekretami, ale nad teraźniejszością, nad byciem tu i teraz oraz nad jakością tego "bycia". Dlatego też czasu spędzonego na lekturze tej powieści nie uważam za stracony i chociaż historia mnie nie powaliła, i może nawet za jakiś czas wyrzucę ją z pamięci, to weszła do końca - z oporem, ale bez wizji porzucenia.