czwartek, 24 listopada 2016

Getto na wesoło, czyli śmiech przez łzy: "Towarzystwo opieki nad zwierzętami"


Panowie byli zaskoczeni. Nie, żeby nie wiedzieli, że właśnie wyrusza transport, oczywiście to wiedzieli. I nie było tak, że sądzili, iż żaden z nich nie może do niego trafić, oczywiście tak nie sądzili. Ale myśleli, że chorzy na gruźlicę na razie nie mogą do niego trafić.


Opowieści, których akcja toczy się w getcie, przeczytałam wiele, jednak Towarzystwo opieki nad zwierzętami autorstwa Picka zdecydowanie wyróżnia się na tym polu. Kiedy książka znalazła się w moich  rękach, nie wiedziałam, czego mogę się po niej spodziewać, a połączenie słów "humor" i "getto" w ogóle nie mieściło mi się w głowie, bo jak? Niepokój rósł w miarę poznawania genezy tej powieści, bowiem historię oparł autor na swoich wspomnieniach. Nasuwa mi się tu stwierdzenie, że czasem nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać, a ilu ludzi, tyle różnych reakcji. Do lektury Towarzystwa opieki nad zwierzętami, o znaczącym podtytule: Humorystyczna - jeśli to możliwe - opowieść z getta, podeszłam zatem niepewnie, ale z ciekawością. 

Pozory normalności


O losie dzieci, którym przyszło żyć i dojrzewać w getcie, napisano już wiele. Przeważnie obrazy, które dostajemy są pełne bólu, cierpienia i niewiarygodnie sugestywnych opisów - często brutalnych i obrzydliwych - dla nieco bardziej wrażliwych czytelników bywają one nie do przejścia. Przyjęło się, że o "tych sprawach" pisać należy w tonie pełnym powagi, co oczywiście jest jak najbardziej zrozumiałe, jednak... okazuje się, że można inaczej i wcale nie gorzej, i w ogóle ta "inność" nie rozmywa obrazu wojny, wręcz przeciwnie - rysuje go mocną, grubą kreską. 



Czytelnik zostaje rzucony do czeskiego getta, gdzie poznaje czternastoletniego Toniego - chłopca stojącego u progu dorosłości, którego serce pełne jest dziecięcych ideałów. Młodzieniec żyje w przestrzeni naznaczonej bólem, grozą i wiejącą pustką po utraconej nadziei, a jednak znajduje się jakby w innym świecie. Chociaż na co dzień obcuje z Żydami starej daty - jest gruźlikiem, który przebywa w szpitalu - i obserwuje postępujący proces ulatniania się wiary w lepsze jutro oraz rejestruje "znikanie" kolejnych kompanów, to ma odwagę marzyć. O czym? Toni postanawia założyć towarzystwo opieki nad zwierzętami, i mimo tego że w getcie zwierząt praktycznie nie ma, dąży do realizacji celu, trzymając się wyznaczonych sobie zasad. Chłopiec w ten gęsty splot okrucieństwa, jakim jest wojna, stara się wcisnąć odrobinę normalności - chce odnaleźć sens życia, opiekując się słabszymi, zapewniając im bezpieczeństwo. To opowieść rozbrajająca swą prostotą, ale niezwykle głęboka (czujecie to?), a zwierzę (chociaż niepozorne) odegra znaczącą rolę w życiu nastolatka. Kto, kogo i przed czym ocali?

Ale to nie wszystko! To opowieść o warunkach, które panują w getcie, o wielkich przyjaźniach, głębokich uczuciach i druzgocącej samotności, o potrzebie bliskości, nadziei i próbach odnalezienia normalności w bezsensie. Towarzystwo opieki nad zwierzętami to taki obraz wojny, który jesteśmy w stanie przyjąć bez większego problemu, bowiem tragizm ukryty został pod płaszczykiem dziecięcej, mocno rozczulającej, naiwności. Główny bohater świetnie sprawdza się w roli przewodnika po nieprzychylnej przestrzeni getta, bowiem krocząc u jego boku, doświadczamy budzących się w nas ciepłych uczuć, a pozornie nic nieznaczące sceny wywołują wzruszenie. To wreszcie taka historia, która nie pozostawia czytelnika obojętnym na losy Żydów w czasie wojny - właśnie jej nieco paradoksalny oraz często nonsensowny wydźwięk pozwala nam dostrzec absurd i ludzki dramat w pełnej krasie.


Śmiech przez łzy?


Pick wprowadza nas w świat okrutny, bolesny i beznadziejny, jednak sposób, w jaki to robi, jest wyjątkowy. W tej książce nawet przykre sytuacje potrafią wywołać uśmiech na twarzy i nawet bolesne doświadczenia mają pozytywny wydźwięk. Towarzystwo opieki nad zwierzętami ocieka czeskim humorem i niewątpliwie wpisuje się w hasło: "śmiech przez łzy", chociaż w tym całym bestialstwie trudno wskazać pozytywy... I na tym poprzestanę, ponieważ to opowieść, którą trzeba przeczytać, żeby zrozumieć i żadne próby wyjaśnienia tego ewenementu nie zastąpią lektury książki. To się czuje, tego się doświadcza.

Prawdę mówiąc, łatwiej byłoby opowiedzieć Wam o tej książce, niż opisać ją zwięźle i przystępnie. Dlaczego? To dzieło, które zostaje w środku - trafia we wrażliwe struny, chociaż w gruncie rzeczy jest naprawdę pełne humoru i niedorzecznych scen, a przy tym wzrusza. Jak pisać lakonicznie o ładunku emocjonalnym? W jaki sposób wykazać, że ta historia jest wyjątkowa, bo chociaż z pozoru wesoła, to jednak miażdżąca. 

A wszystko to w zgrabnej, przejrzystej, przystępnej oraz zwięzłej formie. Historia opowiedziana na 160 stronach może być pełna, spójna i pozwala doskonale wkręcić się w klimat - tu nie trzeba więcej, bo tyle wystarczy, by wstrząsnąć niejednym światem. Z pewnością ta powieść nie zadowoli wszystkich i jestem przekonana o tym, że specyficzne podejście do tematu dla wielu będzie (jak początkowo dla mnie) nie do pomyślenia. Ale jestem też pewna, że warto poszerzać swoje horyzonty, a to, co wydaje się dziwne lub (na pierwszy rzut oka) infantylne - jest po prostu inne, co w absolutnie nie oznacza, że gorsze.



Za możliwość przeczytania książki dziękuję pani Zofii Tarajło-Lipowskiej *klik*, która przełożyła Towarzystwo opieki nad zwierzętami z języka czeskiego, zachowując przy tym charakterystyczne dla czeskiej literatury poczucie humoru.

Zerknijcie też tu:  www.bohemistyka.bloog.pl