piątek, 25 listopada 2016

Kiedy gaśnie Bard: "I odpuść nam nasze..."

Co z tego, że to inteligentny, uczynny, skromny i nad wyraz spokojny człowiek?
Zupełni nic. To przecież morderca!!!


Po książki wydane przez Od deski do deski sięgam już w ciemno - bez zastanowienia, bez wahania. Seria Na F/Aktach szczególnie przypadła mi do gustu, bowiem historie snute przez Autorów są mocne, zaskakujące i tak paskudnie realne... Nie powinno być zatem zaskoczeniem, że po Innej duszy Orbitowskiego, Bestii... Omilianowicz i Preparatorze Klimko-Dobrzanieckiego sięgnęłam po I odpuść nam nasze... autorstwa Janusza Leona Wiśniewskiego. Przyznam, że nie zapoznałam się nawet z opisem tej książki, po prostu była kolejnym tytułem na liście "must read". Tym razem było nieco słabiej, ale nie żałuję czasu poświęconego na przeczytanie tej książki.


Morderstwo, które wstrząsnęło Polską


Przyznam szczerze, że kompletnie nie potrafię przypomnieć sobie tej zbrodni. Szukałam w pamięci i nic, wielka dziura. Nazwisko zamordowanego kojarzę, prawda, ale niczego więcej  z siebie nie wykrzesam, ponieważ kiedy doszło do tragedii pod Teatrem STU w Krakowie, kiedy zginął Andrzej Zaucha i jego towarzyszka (żona mordercy), byłam po prostu za mała, by w ogóle ten fakt zarejestrować.  



O czym przeczytamy w I odpuść nam nasze...? Zapewne domyślacie się już, że będzie to historia Francuza, który strzelał. Zraniony, zdradzony przez wybrankę swego serca mężczyzna, postanowił rozprawić się z jej kochankiem. Vincent (takie imię nosi morderca w historii, chociaż w rzeczywistości nazywa się inaczej) dopina swego, pozbawiając rywala życia, przy okazji śmiertelnie rani swoją niewierną żonę, o czym dowiaduje się, kiedy zgłasza się po popełnieniu zbrodni na komendę. Francuz zostaje skazany na piętnaście lat więzienia... Czy to zbyt łagodna kara za zgaszenie dwóch żyć? W odczuciu wielu, owszem, o czym będziemy mieli okazję przekonać się podczas lektury. 

Historia nie jest jednak aż tak banalna, jakby na to wskazywało, ponieważ poza samym wspomnieniem zbrodni, prześledzimy dokładnie życie mordercy - jego działania w czasie PRL-u, okres odsiadki, kiedy każdej nocy wraca do niego koszmar, potem - kiedy poznaje kobietę, która nadaje nowy sensu jego życiu i później, w czasie ponownej adaptacji w społeczeństwie. Czy zbrodniarz ma prawo do szczęścia, skoro swoje odsiedział? Czy można wybaczyć, kiedy znamy powód jego działania? I w końcu, czy można współczuć komuś takiemu, zaufać mu, dać drugą szansę?

Co jeszcze? Warto w tym miejscu zaznaczyć, że główny bohater tej opowieści jest ateistą, a mieszkając (od dłuższego czasu) w kraju katolickim, prowadzi wnikliwe obserwacje polskiego społeczeństwa - odniesień do religii nie zabraknie, a dyskusja na temat Kościoła, obłudy czy sensu sakramentów może oburzyć niejednego czytelnika. 

I na koniec, jako że zbliżają się święta, muszę wspomnieć, że to opowieść z gwiazdką w tle. Znajdziecie tu bardzo wiele odniesień do czucia w Wigilię, do zachowań Polaków wprawiających się w świąteczny nastrój (oj, będzie gorzko), mocy świąt, która zbliża, choćby tylko na chwilę... Ten wątek został w powieści bardzo dokładnie wyeksponowany, a co z tego wynika? Sprawdźcie sami :)

Krótka, choć rozwlekła historia


I odpuść nam nasze... nie jest historią, którą połyka się w jeden dzień, chociaż krótka forma (zaledwie 220 stron) powinna sprzyjać szybkiemu przeczytaniu. Nie jest to również opowieść mocna i wstrząsająca, zatem nie tu leży niemożność błyskawicznego pochłonięcia książki, a gdzie? Opowieść jest bardzo rozwlekana, rozciągana do granic możliwości, pełna dygresji, którym Autor poświęcił tak wiele miejsca, że czasem zapomina się, czego i kogo dotyczy. Co rusz wchodzimy w życie kolejnej osoby, która, co prawda, jest w jakiś sposób powiązana z bohaterem, jednak nie ma większego znaczenia dla fabuły. Męczące bywają też wtrącenia dotyczące samego Vincenta - te są liczne, a Autor rzuca czytelnikiem w czasie niemal co chwilę; nigdy nie wiemy, gdzie tym razem trafimy, w którym momencie życia mężczyzny znajdziemy się tym razem. A jednak... coś w tym jest i coś z tych wszystkich dygresji wynika. Historia, którą dostajemy jest pełna emocji - bywa ckliwie i melancholijnie, a całość oscyluje wokół potrzeby bliskości, miłości i nienawiści; przyznacie, że to połączenie idealne, kiedy dołożymy do tego skruszonego, acz znienawidzonego przez społeczeństwo, pokutnika. 

Czy jestem zadowolona z lektury? Nie do końca, bo spodziewałam się czegoś mocniejszego albo chociaż bardziej zaskakującego, w ogóle zaskakującego... Ta historia nie zaskakuje ani trochę, a najsmaczniejszy kąsek przełykamy już na wstępie. Zabrakło mi stopniowania napięcia, punktu kulminacyjnego, wyraźnego kryzysu. Dostałam historię mordercy, która nie zrobiła na mnie większego wrażenia, niestety. Chociaż zabrakło mi takiego porządnego ciosu między oczy, to jednak Autor zmusił mnie do refleksji nad mentalnością naszego społeczeństwa i, co teraz na czasie, nad magią świąt.