środa, 23 listopada 2016

"Pusta kołyska" pełna emocji

Utrata dziecka to wydarzenie, które każdy bierze do serca. Widzimy na świecie wiele cierpienia, ale jeśli dotyczy ono dziecka, dotyka nas tym mocniej i tym trudniej je znosimy.


Zawsze entuzjastycznie podchodzę do opowieści, które ociekają krwią, burzą mój malutki światek, wciskając w niego ogromną, ciężką i śmierdzącą stertę obrzydliwości. "Uwielbiam" czytać historie, które wprawiają mnie w osłupienie, miażdżą psychikę i długo nie pozwalają o sobie zapomnieć. Czytam takie z nieskrywaną przyjemnością, ale pod warunkiem, że są one czystą, nieskażoną faktem fikcją literacką.

Są  jednak takie historie, z pozoru proste, a nawet banalne, które tak chwytają za serce, ściskając je mocno i brutalnie, że człowiekowi trudno odnieść się do nich ze spokojem. To opowieści, które płyną spod palców matek, żon czy krzywdzonych dzieci. To historie, które są rozliczeniem z przeszłością - pisane emocjami, naszpikowane bólem, cierpieniem i niedowierzaniem. Obok takich opowieści nie potrafię przejść obojętnie, a stwierdzenie "lubię to" jest tu mocno nie na miejscu. Czasem jednak sięgam po takie książki, wchodzę z butami w czyjeś wspomnienia. Nie wszystkie odczuwam tak, jak powinno się je odczuwać, ponieważ wiele sytuacji jest mi obcych, całe mnóstwo nie mieści mi się w głowie, więc przyjmuję, ale nie rozpamiętuję. Inaczej dzieje się, kiedy historia, którą właśnie przeczytałam - bolesna, smutna, przerażająca w swej prostocie - mogła przydarzyć się także mojej rodzinie...

Taka właśnie jest opowieść Diany Walsh pt. Pusta kołyska. 




Kiedy dziecko znika


Długo wyczekiwany Skarb, który nosimy pod sercem przez wiele miesięcy, w końcu wywraca nasz świat - świat matki - do góry nogami. Pojawia się w naszym życiu i odtąd już nic nie jest takie, jak było, wszystko się zmienia, wszystko inne przestaje mieć nagle tak ogromne znaczenie, jakie miało przedtem. Kochamy bezwarunkowo (uogólniając, bo oczywiście różnie to w życiu bywa) i jesteśmy gotowe wiele poświęcić, byle tylko nasze maleństwo miało się dobrze. Wiemy, że czekają nas ciężkie noce okraszone niewielką dawką snu, nie wyzbywamy się ciągłego strachu o zdrowie dziecka, który wykiełkował w nas, zanim jeszcze wydałyśmy je na świat. Jesteśmy gotowe na walkę, pot i łzy, ale przede wszystkim świadome swojej roli - bycie bezpieczną przystanią to nie lada wyzwanie! Może nieco dramatyzuję, a może i ten obraz matki jest przejaskrawiony, wyidealizowany, ale... wyobraźcie sobie teraz, że ten Skarb - wyczekiwany, ukochany - znika. 

Diana - autorka i narratorka Pustej kołyski - dowiaduje się, że jej dziecko zniknęło. Jaki ślad w jej psychice zostawi świadomość, że widziała porywaczkę, ba!, była przy małej Shelby, kiedy Cień brała ją na ręce? Ile negatywnych myśli potrafi się skłębić w umyśle matki, która przeżyła coś takiego? A ile bólu daje sama świadomość tego, że nie wie, czy jej Skarb jeszcze żyje?

Pusta kołyska to opowieść matki, która doświadczyła tego na własnej skórze, a teraz - po blisko piętnastu latach wypełnionych ciągłym strachem i poczuciem zagrożenia - postanawia rozliczyć się z przeszłością, wybaczyć sobie i Cieniowi, zrozumieć i przede wszystkim uleczyć negatywne emocje. 


Czy oceniać?


Ocena książek pisanych emocjami jest niezwykle trudnym przedsięwzięciem, bo jak można jednoznacznie określić, czy wyznanie jest dobre, czy jednak autor mógł sobie to podarować? Nie można i chyba nawet nie powinno się tego robić, bowiem nie nam oceniać. 

Można natomiast powiedzieć co nieco o wykonaniu, a to jest bardzo przyzwoite, co - stwierdzam z bólem serca - zdarza się coraz rzadkiej w przypadku takich publikacji. Niestety to nie działa tak, że opowieść walnie w nas falą emocji i już, bo sam "proces" czytania jest również ważny. Na szczęście Pusta kołyska należy do tych książek, które czyta się z przyjemnością - jest dopracowana, przemyślana pod względem stylistycznym (chociaż wiadomo, że pewne uchybienia się zdarzają) - takie wydanie pozwala skupić się tylko na treści, ponieważ jej forma nie stanowi tu żadnej przeszkody.

Do kogo trafi ta książka? Wydaje mi się, że najmocniej odbiorą ją matki - nam chyba najłatwiej będzie się zidentyfikować z tą opowieścią, wczuć się w sytuację, zrozumieć ból, który Diana Walsh przelała na papier. Dla innych - chociaż niekoniecznie - ta opowieść może mieścić się w szufladce "dużo krzyku o nic", bo przecież nic się nie stało, bo skończyło się, jak się skończyło i przecież nie trwało to wcale tak długo...

To wydarzenie było jak kamyk wrzucony do stawu - choć zniknął, długo jeszcze będzie widać rozchodzące się fale.

Pusta kołyska to powieść pełna wzruszeń, z rozległym wachlarzem emocji. Wiele można jej zarzucić, ale przeczytałam tę książkę z bijącym serduchem, smutkiem i zainteresowaniem, a to chyba przy tego typu literaturze jest najważniejsze.