czwartek, 8 grudnia 2016

Często, gęsto, duszno i śmierdzi: "33 dni prawdy"


To niesamowite, jak drobne okaleczenie i niekomfortowa sytuacja potrafią odmienić ludzki charakter.

Książkę, a właściwie cały zestaw książek Thomasa Arnolda dorwałam na Wrocławskich Tragach Dobrych Książek. Niewiele brakowało, a nie zagrzałyby miejsca na moim regale... Byłam tak zaaferowana, że najzwyczajniej w świecie przegapiłabym Autora (na swoje usprawiedliwienie mam jedynie tyle, że Stevena Kinga też bym przegapiła), na szczęście bardzo sympatyczny Pan z wydawnictwa ściągnął mnie na stoisko - mimo tego że przyjaciółka na początku Pana zbyła, bo o Autorze nie słyszała, ale ja słyszałam i wtedy zaświeciły mi się oczka. Już prawie, już miałam kupować, kiedy się okazało, że płatność kartą odpada. O bankomacie przy Hali Stulecia wszyscy słyszeli, ale kogo by nie zapytać, nikt nie potrafi wskazać tego owianego tajemnicą miejsca, w którym się znajduje. Na szczęście wtedy przybył z odsieczą mój dobry mąż, który zlitował się nad uzależnioną żoną - więc przez najbliższe dni będę Was zapoznawać z thrillerami Autora. Zaczniemy od 33 dni prawdy (thrillera kryminalnego) i wierzcie mi, że to dopiero początek!



Nie uciekniesz


Z demonami przeszłości to jest tak: można przed nimi uciekać i wielu udaje się je odsunąć na długo, ale prędzej czy później one i tak zbierają żniwa. Przeszłość siedzi w nas głęboko, wciąż o sobie przypominając i nie dając nam spokoju. Wszystkie złe decyzje, które przyszło nam podjąć, łącznie z biernością, snują się za nami w postaci duszącego smrodu, nieustannie zatruwając powietrze. Czy można zerwać z mroczną przeszłością? 


33 dni prawdy to thriller wielowątkowy. Autor szybko wprowadza nas w trzy sprawy, które pozornie nie mają ze sobą niczego wspólnego, a jednak wciąż (gdzieś tam w środeczku) mamy przeczucie, że te wszystkie "czynniki" muszą mieć jakiś wspólny mianownik. Drążymy, śledzimy, przenosimy się w czasie i w przestrzeni (niedalekiej), by połączyć zdarzenia będące kolejnymi elementami układanki w jakąś logiczną, zwartą całość. Wchodzimy z buciarami w życie bohaterów, podglądamy ich łóżkowe wygibasy, wysłuchujemy z niedowierzaniem kolejnych kłamstw, dajemy się wciągnąć w gangsterski światek, lawirujemy między układami, próbując zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi... 

Co ma wspólnego była zakonnica, która popełnia samobójstwo, z rodziną adopcyjną i gangsterem? W jaki sposób spleść losy umierającego mężczyzny, który z premedytacją podpuścił przyjaciela, skazując go na niewygodne życie (delikatnie mówiąc), z sędzią i wziętą panią prokurator (gorąca parka, którą łączy coś więcej niż sala sądowa)?  Co do tego wszystkiego mają bezrobotny mąż, starsze małżeństwo i dyrektor sierocińca? To tylko kilka z pytań, na które poszukacie odpowiedzi, a znajdziecie i, co więcej, będziecie zaskoczeni sprawnym połączeniem wszystkich wątków.

Nie obejdzie się bez zbrodni! Trup ściele się często i gęsto. Tytułowe 33 dni naszpikowane są akcją, poszlakami i białymi kopertami, które pojawiają się znikąd, zdjęciami, nagraniami, przesłuchaniami i kolejnymi zwłokami. 

Wyobrażał sobie, co jego ofiara może teraz myśleć. Biorąc pod uwagę to, z kim ma do czynienia, wolał się nad tym dłużej nie zastanawiać.



Skoro mamy morderstwo, to nie może zabraknąć kogoś, kto zająłby się sprawą, a w finale połączył wszystkie wskazówki, fakty i domysły w spójną całość. Thomas Arnold proponuje nam wspólne dochodzenie u boku dwóch śledczych. Panowie są nieco bezpłciowi i bezbarwni - niewiele o nich wiemy, nie pałamy do nich ani sympatią, ani wstrętem - są, po prostu są i robią swoje. To zaawansowana intryga, a wokół bohaterów dzieje się tak wiele, że może w tym całym zamieszaniu zabrakło miejsca na wyróżnienie ich spośród tłumu?

Więcej zarzutów nie będzie


Przyznam, że lekturze tej książki towarzyszyła ciągła ekscytacja. Nie mogłam się doczekać nocy, by znów wejść w sieć zdarzeń, ponownie wcisnąć się między bohaterów i odkrywać kolejne sekrety, od których robiło się duszno - takie zatrzęsienie! Nie miałam problemu z powrotem, nie musiałam zastanawiać się, na czym skończyłam, nie gubiłam się w zdarzeniach i bez kłopotu rozpoznawałam twarze poznanych wcześniej postaci (w rzeczywistości  mam z tym problem ;) ). 

Thriller nie jest wyjątkowo krwawy, a sceny łóżkowe (chociaż wokół nich kręci się jeden z wątków) nie są wulgarne - można się pokusić o stwierdzenie, że prawie niezauważalne. Dobra praktyka, bo Autor nie szokuje brzydotą czy wszechobecną golizną, ale wciąga nas w akcję, zmusza do działania i myślenia. Tu się po prostu płynie z prądem, a nie brodzi.

I nic już więcej nie powiem, o! Przeczytajcie sami :)

Zdjęcie z Thomasem Arnoldem mam, ale okrutnie rozmazane (mąż chyba przeżywał fakt rozstania się z kasą ;) )





Do mojej osobistej kolekcji trafia pięknie wydany egzemplarz z dedykacją. Nasuwa mi się tu takie stwierdzenie, że pieniądze szczęścia nie dają, dopiero zakupy! Od razu zaznaczę, że była to pierwsza książka z Wydawnictwa Vectra (skrótowo podejdźmy do tej nazwy), z którą miałam do czynienia, i wiem, że po kolejne będę sięgać już bez stresu. Dobrze wydane :)





Posłodziłam dzisiaj trochę (aż sama siebie nie poznaję), ale naprawdę jestem bardzo zadowolona z lektury tej książki. Jestem pod wrażeniem. O Autorze jeszcze nie wszyscy wiedzą, a powinni (nie wiem, gdzie się tak długo przede mną ukrywał). 

33 dni prawdy  to porządny kawałek thrillera napisany przez polskiego autora, osadzony w amerykańskich warunkach - i co? I wszystko tu gra :) 

Polecam i biorę się za kolejną książkę.