piątek, 16 grudnia 2016

Historia kołem się toczy: "Trzecia ludzkość"


Dzisiejsze marzenia stworzą ludzkość jutra. Wszystko, co nam się przytrafiło, musiało przyśnić się kiedyś któremuś z naszych przodków. A to, co dobrego spotka naszych potomków, na pewno jest owocem wyobraźni kogoś żyjącego obecnie. Może ciebie.


Dawno nie było u mnie fantastyki. Na dworze ciemno i zimno, więc wieczory szczególnie sprzyjają oderwaniu się, choćby na chwilę, od naszej rzeczywistości i poszperaniu gdzieś poza nią. Wybór padł na Trzecią ludzkość autorstwa Bernarda Werbera. Skuszona notką Wydawcy sięgnęłam po tę książkę w dniu, w którym pojawiła się na Legimi. Nawet nie miałam okazji przeczytać wcześniej jej recenzji, więc uznajmy, że była to randka w ciemno. Czy zaiskrzyło? Trudno stwierdzić. Kolejnego spotkania nie planuję z wyprzedzeniem. Ciut za dużo, nieco chaotycznie, chociaż zaskakująco - taką mieszankę trzeba sobie dawkować.

Wszystko, wszędzie i w ogóle


Czy zastanawialiście się kiedyś nad kondycją naszej planety? Rozmnażamy się chętnie, czerpiemy pełnymi garściami z dobrodziejstw natury. Bierzemy wszystko zachłannie i z przekonaniem, że nam się należy, ale również bez większej refleksji. Nas jest więcej, konsumpcja wzrasta, miejsca i surowców zaczyna brakować.

Problem polega na tym, że o ile ludzkość, konsumpcja i ekonomia wzrastają, o tyle planeta już nie.




Historia, którą serwuje nam Werber, to plątanina mniej lub bardziej znaczących dla ludzkości czynników, które w jakiś sposób mają wpłynąć na rozwój naszego gatunku (lub już wpłynęły, a może wpływają w tej chwili?). W tej książce dzieje się tak wiele, w tak różnych konfiguracjach, miejscach, czasach czy stanach umysłu, że książkę na pewno można wrzucić do wielkiego wora z napisem "Chaos". Spróbuję nakreślić Wam to, co mnie w czasie lektury zaatakowało, a było tego sporo, więc pozwolę sobie wiele kwestii pominąć. 

Zaczniemy od tego, że pewien naukowiec przewodzi wyprawie w głąb lodowego gardła. W ukrytej, otulonej lodem grocie odkrywa szkielety (a nawet doskonale zachowane w bryle ciało) naszych przodków. Okazuje się, że kiedyś ludzie - Homo gigantus - byli 10 razy więksi od nas, żyli 10 razy dłużej, a wielkość ich mózgu (tak, 10 razy większego) pozwalała im na stworzenie porządnie rozwiniętej cywilizacji. Co się stało z naukowcem i kobietami, które mu towarzyszyły w trakcie tej wyprawy? Nie powiem, żeby nie było, że Wam przyjemność z lektury odbieram.

Naukowiec miał syna, który też był naukowcem, ale w swoich badaniach dążył on do minimalizacji ludzkości. Twierdził, że ten kierunek jej rozwoju pozwoli na stworzenie nowej jakości życia, a teorię tłumaczył istnieniem Pigmejów, którzy są podobno odporni na HIV, malarię i choroby psychiczne, ponieważ są niskiego wzrostu. Ale to jeszcze nie wszystko, bo rywalizacja w świecie naukowym to podstawa. Obok mamy zatem badaczkę, która jest przekonana, że nowa ludzkość winna być sfeminizowana, ponieważ w Turcji żyją Amazonki, które są odporne na promieniowanie. Tych dwoje rozpoczyna swoje badania, z ramienia uczelni (wsparcie dla projektów), a potem państwa (rzecz dzieje się we Francji). Kiedyś tych dwoje połączy siły, by spróbować stworzyć nową, trzecią ludzkość (Homo gigantus byli pierwsi, my jesteśmy teraz, a mikroludzie to nasza przyszłość). Historia, jak wiemy, kołem się toczy. Giganci stworzyli nas, o czym przekonamy się w ramach podróży do innych wcieleń. My stworzymy mikroludzi, a wszystko to pod dowództwem karlicy, która mydli oczy francuskiemu prezydentowi, a gdzieś tam jeszcze trafi się Izrael i USA... Serio.

To jednak nie koniec. Na planetę spadnie "egipska gorączka", która w jakiś sposób powiązana jest z początkiem tej historii, czyli  z poszukiwaniem świadectwa życia w lodowej norze. Choroba zbiera żniwo, ludzkość chyli się ku upadkowi - istna apokalipsa, przy okazji której dowiemy się co nieco na temat dżumy i innych paskudztw. Sprawy nie ułatwia nam Planeta Matka, która mści się za wypompowywanie jej krwi (ropy) i ogólnie za drążenie w ziemi, za rozród i ludzką głupotę - ludzie mieli być przydatni, okazali się pasożytami.

Teraz o planecie ciut więcej, bowiem czasem autor oddaje głos naszej Ziemi! Gaja lubi rozmawiać sama ze sobą, a że ludzie jej nie słuchają, jakoś zdążyła się z tym pogodzić, chociaż jest zaistniałą sytuacją zniesmaczona. Planeta opowiada nam swoją historię, od początku, skarży się na walące w nią asteroidy (dzięki którym zyskała świadomość!), na księżyc, inne planety, ryby, kupę... na wszystko. I nikt jej, wyobraźcie sobie, nie słucha, chociaż kiedyś jakieś pojedyncze jednostki posiadały jakąś tajemną moc rozmowy z planetą. Ogólnie dowiedziałam się, że człowiek - w sensie, że my - pochodzi od zespolenia dzikiej świni z człowiekiem pierwotnym, których Gaja zagoniła kiedyś do jednej dziury. Istoty walczyły ze sobą, ale żadne nie miało przewagi w tej bitwie, więc zaczęły kopulować i skąd my - to tak dla zainteresowanych. Przy takich kwiatuszkach pojawiają się liczne odniesienia do Biblii i do mitologii, a do tego biologia, chemia i w sumie, o czym sobie pomyślicie, to pewnie też tu będzie.

I jeszcze dorzucę dzienniki, a właściwie Encyklopedię, którą napisał pradziadek tego młodego naukowca od Pigmejów. To właśnie tu pojawiają się wpisy, które przeniosą nas w świat biblijny, do tego rzucą nieco światła na temat rozwoju komórek, a w międzyczasie zaserwują przepis na jakąś duszoną jagnięcinę. Jeśli czegoś nie wiecie, to w tym dziele (przekazywanym z ojca na syna, wnuka, prawnuka) na pewno znajdzie się odpowiedź - od mięsa, poprzez pszczoły, do walk z Olbrzymami i Czterech Jeźdźców Apokalipsy. 

To nadal nie wszystko, to dopiero część, serio...


Naszpikuj mnie, naszpikuj!


Tak sobie myślę, że autor chyba kompletnie nie miał pomysłu na tę książkę albo miał na kilka, ale postanowił zrobić z tej jednej historię naszpikowaną wszystkim, co miał pod ręką. Na pewno inspirację czerpał zewsząd: z otaczającego nas świata, z religii, wierzeń, nauki, robotyki, feministyki, -yki, -yki, -yki i oczywiście -yki, a do tego dorzucił relacje międzyludzkie: miłostki, rodzinę, przyjaźnie, nienawiść na polu politycznym, rasowym, religijnym, płciowym. Będą też: krwiożercze mrówki, tornada, pierdy z wnętrza, projekt klonowania, odrobina alkoholu i wiele więcej. Jeśli zatem żyjecie sobie spokojnie, a nie chcecie, to ta książka na pewno wniesie do Waszej smutnej egzystencji odrobinę czegoś. Czego? Nie wiem, ale tyle tu tego, że coś na pewno dla siebie znajdziecie.

Nie twierdzę, że czytało się to źle, absolutnie! Historia jest tak naładowana, że nie sposób się przy niej nudzić. To istne pomieszanie z poplątaniem - sieczka, jakich mało. Przyznam, że jestem pod wrażeniem tego, jak wiele można upchnąć w jednej książce, jakim zabiegom można poddać bohaterów, jak wnerwiająca może być planeta i jak bardzo wiele dziwnych zdarzeń może dotknąć jednego człowieka. Nie nudziłam się - to niezaprzeczalnie jedna z bardziej dynamicznych i niesamowitych historii, jakie miałam okazję przeczytać w ostatnim czasie. 

W tym szaleństwie jest metoda! Bo wiecie, tu multum elementów jest w jakiś sposób ze sobą połączonych i, co przyznaję z radością, składają się one na jedną, spójną i mocno pokićkaną całość. Nie można chyba podejść do tej historii z powagą - nie polecam - ale z przymrużeniem oka, dla rozrywki? Jasne! Z tego wszystkiego można wydobyć jednak coś konkretnego, a mianowicie potwierdzenie, że historia kołem się toczy. Przyglądając się rozwojowi nowej, udoskonalonej cywilizacji, dostrzegamy narodziny systemu, wierzeń czy zasad życia w grupie. Ale już nic Wam więcej nie powiem.

Czy polecam? Tak, ale do poczytania bez refleksji, dla czystej rozrywki. Wzruszeń nie będzie, ale np. humor się pojawi (zwróćcie uwagę na mrożonki), głębszych emocji nie dostrzegłam - nawet ludzkość na wyczerpaniu nie poruszyła mojego serca. Jeśli macie ochotę na spójny klocek wypełniony po brzegi gęstą masą wymieszanych skrzętnie przeróżnych czynników, to Trzecia ludzkość  się nada.

Do absurdu na absurdzie trzeba podejść odpowiednio, zatem wybaczcie ten ton, ale mogłam tak na poważnie ;)