środa, 28 grudnia 2016

Leśne sierściuchy dla małych i większych: "Pan Misio"


Nieopodal Pagórka, w Lesie, mieszkał pan Misio. Było bardzo ważne, żeby zwracać się do niego "panie Misiu", bo ja słyszał poufałe "Misiu", to bardzo się denerwował.


Wyobraźcie sobie taką sytuację: macie możliwość przeczytania książki, która zgodnie z zapowiedzią, przeznaczona jest dla dzieci i dorosłych. 

Pierwsze skojarzenie? Wielu chciało, niewielu podołało...
Drugie? Jasne; bla, bla, bla. 
A potem? Lepiej sprawdzę, czy można przeczytać tę historię pięciolatce.

I tym sposobem przeczytałam Pana Misia. Czy lisy śnią o gadających kurach? dwukrotnie, dzień po dniu. Bartłomiej Trokowicz podołał!

Leśna przygoda


O fabule będzie krótko i na temat, bowiem Las skrywa tajemnice, które najrozsądniej i chyba nawet najprzyjemniej jest odkrywać samodzielnie. Wędrówka utartym szlakiem bywa ciekawa, oczywiście, jednak to zapuszczenie się na leśną polanę, ukradkowe zerknięcie do małej norki czy śmiałe wkroczenie do jamy, z której dobywa się donośne chrapanie... przyznacie, że to jest dopiero przygoda!




Las odsłoni przed nami niejedną tajemnicę: zaskoczy jagodową słodyczą, rozśmieszy smaczkami z wilczej nory, oburzy wiewiórczą ploteczką. I co ja Wam będę więcej opowiadać? Jest ciekawie, jest dużo zwierzaczków, pojawi się też człowiek (w sumie trzy sztuki) i domowe gryzonie (sepleniąca świnka zdobyła moje serce!). Będzie o miłości, przyjaźni, strachu, macierzyństwie, współpracy, obłudzie i życzliwości - wszystko podane w przystępnej formie, bez "przesadyzmu", a przy tym wartko i bez zbędnego ciągania nas po ciemnych zakamarkach.  Ten Las żyje!


Dla małych i większych


Pan Misio... to historia lekka, przyjemna i magiczna. Doskonale czyta się ją w zimny, ciemny wieczór, bo rozgrzewa serducho, do czerwoności, a przy tym bawi, porusza i jeszcze na dokładkę - jakby tego było mało - uczy. Przyznaję z radością - opowieść Bartłomieja Trokowicza sprawdziła się wyśmienicie, ponieważ każda z nas znalazła w niej coś dla siebie. 

Córa była zachwycona zwierzęcymi bohaterami - uwielbia książki o czworonogach (dwunożne stworzenia ujdą w tłoku), więc wysłuchała tej opowieści chętnie i właściwie za jednym zamachem (z małą przerwą na herbatkę). Do Pana Misia jakoś specjalnie przekonana nie była, bowiem ten Misio jest jakby legendą - istnieje, wszyscy o nim mówią, czasem pokaże się gdzieś między drzewami i cała historia toczy się wokół jego "osoby", jednak to inne zwierzaki wiodą prym w tej historii. Niemniej, misja ratunkowa, o której nie powiem Wam nic poza tym, że mnie rozkleiła, śledzona była przez córę ze wzmożoną uwagą. 

Ja, jak to ja, uległam klimatowi. Było zabawnie, było magicznie, lekko i przyjemnie. Należy tu jednak zaznaczyć, że moje dziecko żartobliwego tonu nie wyczuło, chociaż kilka sytuacji uznało za zabawne. Ten różny odbiór treści od razu nasunął mi na myśl kultowe bajki, np. Shreka, które bawią dorosłych i dzieci, ale każdego w inny sposób. Autor nałożył na zabawną opowieść dodatkową warstwę, której doszukiwać możemy się głównie w języku, w dialogach - bywa ironicznie, dosadnie i prześmiewczo, ale to ten rodzaj humoru, którego dzieci nie załapią, a dla dorosłego - cóż, gratis do pięknej bajki.

Mnie się podobało. Książkę czytałam w świąteczny wieczór, w domku, na granicy lasu (niedźwiedzi tu nie ma, ale sarny, lisy czy dziki są na porządku dziennym), mniej więcej w czasie, kiedy to zwierzaki powinny przemówić ludzkim głosem. I w sumie mogę uznać, że te książkowe przemówiły, bardzo ludzkim, ponieważ w każdym bohaterze znajdziemy jakąś osobliwą cechę, a może i nawet pospolitą, którą bez problemu wskażemy w mężu, przyjacielu czy w sąsiadce. Autor ubrał ludzkie wady i zalety w puchate futerko i może ja nauki z tego zamaskowania nie wyciągnęłam, ale moje dziecko owszem. Każda z nas znalazła w Panu Misiu... coś dla siebie i o to chodzi w rodzinnym czytaniu, zatem polecam bez marudzenia :)

Za odrobinę magii w grudniową noc i rozgrzewającą świąteczny poranek przygodę dziękuję Autorowi.