wtorek, 27 grudnia 2016

Zbrodni stricte kobiecej nie ma: "Polskie morderczynie"


Cóż, coś, co wstrząsa nami, co wydaje się niesłychane i rodzi wstręt do drugiego człowieka, dla innych bywa normalne, naturalne.


Kolejna książka Katarzyny Bondy za mną. Tym razem nie był to ani poradnik, ani kryminał, ale literatura faktu i chyba w tej odsłonie podobało mi się najbardziej. Polskie morderczynie to zbiór opowieści, wielogłosowa pieśń smutku i żalu. Katarzyna Bonda oddała głos kobietom, które zabiły, pozostawiając ocenę czytelnikowi.

Kiedy kobieta zabija?


Brzydzimy się zbrodnią, a morderców potępiamy. Nie chcemy być blisko, unikamy, odsuwamy się, izolujemy. Nie mieści nam się w głowie, piętnujemy, wrzucamy do jednego worka wypchanego kamieniami i ciskamy w głęboką wodę, byle tylko z daleka. Sami (przynajmniej większość z nas) nie wyobrażamy sobie sytuacji, która zmusiłaby nas do przekroczenia granicy, do odebrania komuś życia, ale czy na pewno? Czy możemy być pewni siebie? Czy potrafimy z pełnym przekonaniem stwierdzić, że my nigdy, przenigdy, za nic i w żadnych okolicznościach?


Ta książka powstała, by pokazać, że nic nie jest czarno-białe, że w każdym z nas jest agresja, a bariera pomiędzy nami a bohaterkami tej książki, jest płynna.





Dlaczego kobiety zabijają? Powodów jest tak wiele, jak wiele jest kobiet. Poznamy bohaterki, które planowały zbrodnię, spotkamy też takie, które zabiły "przez przypadek". Każda zbrodnia jest inna, różne są czynniki jej towarzyszące, inne narzędzia zbrodni, różne okoliczności oraz, co następuje, inny wymiar kary. 

Nie jest możliwe stworzenie uniwersalnego rysopisu charakterystycznego dla zabójczyń.

Katarzyna Bonda oddała głos zabójczyniom. To właśnie kobiety, które zabiły, opowiadają czytelnikowi swoje historie, jednak nie takie, jakich można się spodziewać... Poznamy osoby, które prowadziły (w większości) normalnie życie: miały rodzinę, pracę, przyjaciół, zajmowały się domem, codziennie wyprawiały dzieci do szkoły. Poznamy młode dziewczyny, które trafiły do więzienia u progu dorosłości, które nigdy nie zostaną matkami, ale też starsze, nawet po pięćdziesiątce. Wysłuchamy historii zza krat o życiu poza murami, o istnieniu, które było, ale skończyło. 

Popełniając zbrodnię, tak naprawdę one zabijają swoje dotychczasowe  życie, do którego nie mają już nigdy powrotu.


Polskie morderczynie to książka, do której trudno jest podejść "na spokojnie". Mnie się to nie udało. Chciałam potępiać, złorzeczyć, ciskać kamieniami. Co prawda trudno w takiej sytuacji kogokolwiek usprawiedliwiać, rozgrzeszać, trudno też zrozumieć, ale... Właśnie to "ale" wciąż chodzi mi po głowie. To "ale", które pojawiło się gdzieś przy okazji i wyraźnie dawało o sobie znać. Lekturze towarzyszyło wiele emocji. Z jednej strony ta chęć potępiania, bo w końcu zabiły, ale z drugiej? 


Przeprawa


Książkę czyta się, mimo bijącego z niej smutku i żalu, bardzo gładko. Co prawda opowieści do lekkich nie należą, zbrodnie bywają okrutne, a los kobiet, które odbywają karę, jest niezwykle poruszający (tracą w końcu wszystko), ale sposób przedstawienia treści umożliwia czytelnikowi bezproblemową przeprawę. 

Każda historia przedstawiona została według schematu:

  • Opowieść więźniarki, z której dowiecie się, jak żyła na wolności (tu rzadko pojawiają się wzmianki na temat samej zbrodni). Narracja pierwszoosobowa.
  • Informacje "praktyczne", czyli imię, nazwisko, ofiara, motyw, narzędzie zbrodni, wyrok (w latach) i koniec kary (konkretna data).
  • Opis sprawy, który jest wynikiem analizy aktów sprawy.
  • Epilog - dalsze losy więźniarki.
Zderzenie tego, co było, z tym, co się stało i co z tego wynikło, robi wrażenie. Nie da się ukryć, że Bonda gra na naszych emocjach, zmusza do zastanowienia się, chociaż sama Autorka nie wydaje oceny, nie wyznacza kierunku, nie szykanuje, ale i nie usprawiedliwia. 

W książce znajdziemy jednak nie tylko te opowieści, ale też wywiady z osobami związanymi z więziennictwem: z nadkomisarzem Bogdanem Lachem (psycholog policyjny i profiler), z prof. Zbigniewem Lwem Starowiczem (seksuologiem) oraz z Lidią Olejnik (dyrektorem Zakładu Karnego dla kobiet w Lublińcu). Ciekawe, rzetelne, szczere wypowiedzi - świetne uzupełnienie tych makabrycznych opowieści. 

Czy wbiło w fotel? No nie wbiło, nie zmiażdżyło i nie zniszczyło mnie w środeczku. To dobra książka, którą czyta się z zainteresowaniem, która gra na emocjach, ale nie wywołuje (przynajmniej nie we mnie) jakiegoś większego szoku. Co przeraża? Na pewno wrażenie robi to, że te wszystkie historie zdarzyły się naprawdę, że są prawdziwe. To chyba trafia do mnie najmocniej. Dodając do tego fakt, że Autorka podaje nam opowieści nieugładzone - to robi wrażenie.

Mnie się podobało, o ile słowo "podobało" jest tu na miejscu, więc Wam polecam.