niedziela, 29 stycznia 2017

Na granicy zmysłów: "Horyzont umysłu"




Lubię, jak elementy do siebie pasują, a ciało jest na miejscu zbrodni.



Trzecia i na razie ostatnia (!) część przygód Adamsa i Rossa za mną. I cóż Wam mogę powiedzieć poza tym, że znów było dobrze, intensywnie i zaskakująco? Coś na pewno, bo po lekturze poprzednich tomów miałam jedynie nadzieję, że Autor utrzyma poziom i nie popadnie w schematyczność, nie będzie stał w miejscu, a kolejna sprawa (jak poprzednie) będzie wymagała ode mnie spięcia tyłka i konieczności poruszenia szarymi komórkami... Ogólnie po cichu liczyłam, że Horyzont umysłu będzie tak dobry jak 33 dni prawy i tak klimatyczny jak Tetragon. Dostałam jednak coś, czego się w ogóle nie spodziewałam.


Czyste szaleństwo!


Wiecie, jak to bywa, kiedy nagle coś zaczyna się pierdzielić? Z pewnością każdy tego doświadczył, bo przecież w życiu układa się różnie, ale! - i na to trzeba zwrócić szczególną uwagę, bo los czy jakaś inna siła ewidentnie kpi sobie z naszego gatunku - kiedy zaczyna się pierdzielić jedno, to i drugie nie omieszka dołączyć, aż w końcu mamy do czynienia z pierdzieleniem lawinowym. I takie też są sprawy, którymi raczy nas Thomas Arnold. Najpierw jedno zdarzenie; to jak malutki kamyk, który mąci wodę - urzekają i równocześnie intrygują te niewyraźne kręgi rozchodzące się po gładkiej tafli naszego umysłu.  W ślad za nim lecą kolejne mniejsze i większe głazy - dwoją się i troją - a my oglądamy wspaniały spektakl z rozdziawioną paszczą, wciąż szukając źródła tego niecodziennego przedstawienia. 



Co nowego w Cleveland? Adams i Ross nie pracują już razem w terenie. Pierwszy zasiada teraz za biurkiem (w poprzedniej części wydarzyło się coś ważnego, co go za tym biurkiem posadziło), drugiemu przydzielony zostaje nowy partner, którego poznaliśmy już kiedyś (w 33 dniach prawdy), ale to teraz będzie miał swoje pięć minut - gwarantuję, że wykorzysta je należycie! Gdybym miała w kilku słowach opisać fabułę, z pewnością "o ja pierdzielę!" byłoby tu na miejscu i wydaje mi się, że na tym mogłabym poprzestać, ale wywlekę kilka trupów, niech będzie. 

Początkowo trafiamy do ciemnych, nieprzychylnych lochów. Słyszymy krzyki i stukot małych chińskich stóp, widzimy cienie, wszystko boli, w głowie się pier...niczy ;) 

Chwilę później obraz znika, a my przenosimy się do ciemnego lasu. Zgrzyt metalu, krzyki kobiety, strach płynący spomiędzy konarów, płacz dziecka, ujadanie psów i krew rozmyta w strugach deszczu. Do tego klimatyczna gra świateł oraz jakieś niejasne przeczucie, że wyjście z samochodu nie było mądrym pomysłem. 

Potem stanie się jasność, a nasze zmysły zaatakuje biel szpitalnych korytarzy, uspokajający głos psychiatry i nieludzkie wrzaski poszkodowanej w wypadku kobiety, która drze się tak, jakby ją ze skóry obdzierali, a przy tym majaczy i drapie, i nawet gryzie! Nikt nie wie, o co chodzi, bo to przecież taka porządna obywatelka była - szanowana, bogata, no... może miała problemy natury umysłowej, ale na takim poziomie? Co to, to nie. 

Wejdziemy w zamknięty, dobrze strzeżony przed niepożądanym wzrokiem światek lekarskich pogaduszek, nałykamy się prochów, a przy tym będziemy obserwować rozpad i rozkład. Rozpadnie się wiele;  niektóre zwłoki rozpadają się po dłuższym czasie, inne jeszcze się jakoś trzymają, ale nic straconego - na nie też przyjdzie pora. Poza tym rozpadnie się niejeden świat: rodzinny, wewnętrzny i jeszcze kilka innych, ale nie chcę zdradzić Wam za wiele - lepiej przyjrzeć się temu z bliska, osobiście. 

To jest to


Mam nadzieję, że nie macie jeszcze dosyć, bo dopiero się rozkręcam. Wiecie, Horyzont umysłu to taka książka, o której mogłabym rozmawiać godzinami, a poza tymi kamykami i falami z przyjemnością podrzuciłabym Wam jeszcze kilka innych obrazowych skojarzeń, ale rozumiem, że trzeba się trochę hamować, a przedłużana w nieskończoność gra wstępna traci na atrakcyjności. No, zatem przejdźmy do sedna.

Autor wykorzystał swoje doświadczenie zawodowe - to thriller medyczny, a podsuwając nam kolejne nazwy substancji, które można tak i tak wymieszać, by w ten i inny sposób podać... Świetne, nienachalne, a jednak dodające historii wiarygodności. Ja mu uwierzyłam! 

Motyw przewodni - ludzki umysł - to strzał w dziesiątkę. Lubimy czytać o szaleńcach, gubić się w rzeczywistości, którą mylimy z majakami, błądzić po omacku i zastanawiać się, czy ktoś z nas kpi, czy może ten proces wsiąkania w powieść jest już tak daleko posunięty, że nie ma dla nas ratunku. Myślę, że nie oszalałam, ale świrowałam na pewno: systematycznie podnoszone ciśnienie, kolejne rewelacje, zagmatwane wizje (a może i nie wizje) i drżenie dłoni - ja już w momencie rozpoczęcia lektury chciałam wiedzieć, jakie jest jej zakończenie, bo tak mnie ta cała sytuacja pochłonęła i zaintrygowała. 

Co zaskoczyło tym razem? Pomijając treść, na pewno na uwagę zasługuje czarny humor, który wyziera spomiędzy ludzkich dramatów. Dialogi - mocna strona tej powieści - bywają ironiczne, bezkompromisowe, a przy tym zabawne w taki gorzki sposób. Ujęło mnie to ujęcie tematu. 

Horyzont umysłu to powieść niebanalna, nieprzewidywalna i niezwykle dynamiczna - akcja, akcja, akcja! Tu nic nie dzieje się przypadkiem, co wydaje mi się nie lada sztuką przy tak rozbudowanych i pokręconych wątkach. To kawał dobrej, inteligentnej rozgrywki z dreszczykiem emocji w tle i niejasną potrzebą babrania się w zapaskudzonych zakątkach umysłu.

Po chwilach spędzonych z taką historią zastanawiam się zawsze, co tam autorowi siedzi jeszcze w głowie. Chyba bałabym się zajrzeć do umysłu Arnolda, bo chociaż jestem za poszerzaniem swoich horyzontów, to wychodzę z założenia, że w niektóre rejony lepiej się nie zapuszczać. Dla mnie rzecz nieodgadniona, niepojęta i niech tak pozostanie. Do następnego razu, oczywiście.

Mój numer jeden wśród książek Autora!

Egzemplarz upolowany w grudniu na Wrocławskich Targach Dobrych Książek. Dedykacja cudowna, książka wspaniała, czekam na więcej. 


Gorąco zachęcam do skosztowania, ale zaznaczam - uzależnia.