czwartek, 5 stycznia 2017

Przypowieść o zagładzie: "Matera 2019"


Ludzie są chorobą, rakiem tej planety.


Dawno nie było na blogu postapokaliptycznych wizji, których - przyznaję - trochę mi ostatnio brakowało. Zawsze z ciekawością i zainteresowaniem zatapiam się w takie historie, zerkając w każdą naznaczoną klęską szczelinę. To chyba nie jest normalne, ale lubię, szczerze przyznaję, że lubię podglądać ludzkość, która chyli się ku upadkowi. Kiedy nadarzyła się okazja do przeczytania książki w takim - z zasady - nieco makabrycznym i niepokojącym klimacie, nie miałam (prawie) żadnych wątpliwości, a jedyne, które nie dawały  mi spokoju, to liczba stron - niecała czterdziestka. Matera 2019 autorstwa Danki Markiewicz to historia na chwilę, ale do przemyślenia na później.  


Przypowieść o zagładzie


Z czym kojarzy się Wam słowo "matera"? Mnie początkowo nie kojarzyło się z niczym konkretnym - nie potrafiłam go umiejscowić w czasie czy w przestrzeni, nie doszukałam się go w żadnej z szufladek w pamięci - ot, słowo jak słowo. Po lekturze książki słowo zyskało dla mnie nowy wymiar; przejrzałam wiele zdjęć, poczytałam co nieco na temat miejsca, które się pod nim kryje. Zawsze byłam kiepska z geografii (może nie tak jak z chemii, ale jednak), a teraz? Dalej jestem, ale Matera zyskała w mojej wyobraźni konkretny kształt.




Ziemia dusi ludzkość - każda szpara zionie zabójczym promieniowaniem, brakuje pożywienia, ludzie są słabi, anemiczni, chorują. Planeta jest skażona i sucha, nieprzychylna dobitkom, którzy starają się odnaleźć w tych ekstremalnych warunkach. Jedni poddają się godnie, umierając powoli, ale w swej pierwotnej formie - ludzkiej i niezmiennej. Inni próbują walczyć z następstwami promieniowania, przystosować się do otoczenia i... wymienić to, co wadliwe. Autorka zderzyła ze sobą dwa światy: pełen wzniosłych, cierpiętniczych zapędów świat ludzi "normalnych" oraz udoskonalony, zmutowany i postępowy świat ludzi-hybryd. Ci pierwsi - breatharianie - są na diecie pranicznej, siłę życiową przyjmując wraz z oddechem. Ci drudzy stawiają na wymianę wadliwych organów, krzyżując się ze zwierzętami. Ludzie są słabi, ale wierni swojemu gatunkowi; ludzie-hybrydy są odporni, ale potrzebują czystych genów.


Riddick ją fascynował, bo uosabiał siłę, której w Sassi wszystkim brakowało.

Nie liczcie jednak na klasyczną opowieść o miłości w stylu Romea i Julii, nic z tych rzeczy. Gaia i Riddick to zupełnie inna historia. Młoda dziewczyna staje przed nie lada wyzwaniem: poddać się wdziękom pięknego mutanta czy budować nowy porządek w ledwie zipiącej, ale znajomej społeczności.


Rozmyta kreska


Mój stosunek do tej "powieści-paraboli" określiłabym jednym tylko słowem: ambiwalentny.  

Kiedy już prawie urzekła mnie ta historia - włoski klimat Matery zrobił swoje - czar prysł i, co przyznaję ze smutkiem, szybko i bezpowrotnie. Świat przedstawiony w Materze 2019 miałby szansę przetrwania w mojej pamięci, gdyby nie okazał się tak ściśnięty na tych kilkudziesięciu stronach - potencjał był, zamysł mi się podobał, bo wcześniej nie spotkałam się w literaturze postapo z rozwiązaniami zaproponowanym przez Autorkę, ale wizja została potraktowana po łebkach, byle tylko. Musnął mnie wietrzyk świeżości, ale chwilę później zrobiło się gęsto i smętnie... Pomysł? Ciekawy, ale zabrakło mi rozwinięcia tych wszystkich wrzuconych między jamy: relacji, rewelacji, religii, mutacji, wymyślnych motorów czy planu stopienia lodowca (nie zgadniecie, jaki to plan)... 

Co mnie zdziwiło i wydało mi się tu kompletnie zbędne, to rozmowy mieszkańców Sassi, którzy z lubością przytaczają sobie filmowe fabuły. Nic z tego nie wynika, nie znalazłam zastosowania dla tego zabiegu (poza wspomnieniem przeszłości) ani zasadności użycia, po co? Uznaję, że nie zrozumiałam i przyznaję - nie trafiło to do mnie wcale.

Jednak to, co mnie mrozi, leży poza sceną, poza tym światem i z daleka od zagubionej ludzkości, która staje przed niełatwym wyborem miedzy podłą śmiercią w człowieczej postaci a zanieczyszczeniem gatunku obcymi organami (do tego dochodzi jeszcze problem klonowania). Co tak razi? Warstwa językowa, której - mimo starań - nie potrafiłam zignorować. Liczne błędy stylistyczne, interpunkcyjne i pojedyncze ortograficzne odbierają przyjemność czytania. Myślę, że gdyby opowieść porwała mnie i powaliła na kolana, wciągnęła i zmiażdżyła - błędy nie raziłby tak dotkliwie. Każda książka powinna przejść korektę. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że wielu czytelników przyjmie tę opowieść bez zająknięcia o języku - ja, niestety, nie potrafię.

Parabola? Alegoria? Owszem, można wyciągnąć z tej historii naukę, nawet wiele. Opowieść zmusza do refleksji, uderzając w moralność i filozofię - tego jej odmówić nie można. Co najważniejsze, bez problemu dobrniemy do drugiego dna, ale - co ciekawsze - każdy znajdzie tam inne kamyczki.

Chciałabym napisać, że bez oporów polecam tę książkę fanom gatunku, ale zawsze piszę recenzje w zgodzie ze sobą i po prostu nie mogę... Nie jest to publikacja, która zadowoli każdego czytelnika, ale wierzę, że znajdą się entuzjaści, którzy przeczytają tę historię z wypiekami na twarzy. To opowieść z potencjałem i świat, który warto poznać bliżej, ale niekoniecznie w takiej formie. To wizja, która mogłaby mnie porwać, wciągnąć w ciemną jamę, ale zabrakło jej pazura. Historia jest krótka, pochłania się ją szybko, zatem można dać jej szansę, a nuż zaiskrzy?

Mam nadzieję, że jeszcze usłyszymy o Autorce i że ten niezwykły obraz gdzieś jeszcze wypłynie, ale w innych barwach, namalowany mocniejszą i staranniejszą kreską.


Za możliwość przeczytania Matery 2019 dziękuję Autorce. 

Książkę znajdziecie tutaj. Autorka prowadzi bloga - tu polecam bez oporów, bo to zupełnie inna historia. Zerknijcie tu *klik*.

Patronat

Patronat
Projekt, nad którym warto się pochylić. Wspaniała propozycja dla młodych mam i maluchów. .Cynio. to wyjątkowa książeczka - subtelna opowieść, która powstała z miłości do bliskości. Zerknijcie na projekt Dominiki Naborowskiej. Ruszamy już wkrótce!