sobota, 25 lutego 2017

Afrykańska Rwanda: "Dzisiaj narysujemy śmierć"



(...) moje notesy są spuchnięte jak trupy w wodzi, wszystkie te ciała są przy mnie, martwe, ale i żywe, pokaleczone, ocalony pierwszy, dziesiąty, pięćdziesiąty, ich zabici rodzice to nic specjalnego, nic szczególnego, rwandyjska normalna, moje notesy cuchną, wszystko, co w nich mam, podchodzi mi teraz do gardła.





Długo przymierzałam się do przeczytania reportażu Wojciecha Tochmana. I stało się, i nie wiem, czy dobrze się stało. Dzisiaj narysujemy śmierć to książka, o której trudno jest cokolwiek napisać – tak na spokojnie, bez dreszczy i emocji. Powiem Wam tak: dawno nie czytałam historii, która wywołałaby we mnie tyle żalu i tak potężne obrzydzenie. A czytam wiele. Może i nie działałaby na mnie w ten sposób, gdyby nie fakt, że to zdarzyło się naprawdę. Nie pod przykrywką, nie przypadkiem, ale celowo, jawnie, z premedytacją, wśród okrzyków radości i z oddaniem.

Ludobójstwo w Rwandzie


Reportaż dotyczy ludobójstwa, do którego doszło w 1994 roku w afrykańskiej Rwandzie. Po latach dziennikarz przeprowadza wywiady ze świadkami i uczestnikami tej tragedii – nie zabraknie tu wypowiedzi psychiatrów czy duchownych.


Świadek jest trochę ofiarą i trochę sprawcą.
Patrzy na zabijanie i ucieka. 


Tochman rozmawia z Tutsi, którzy przeżyli oraz z Hutu – ich oprawcami, często odsiadującymi wyrok. Aż trudno uwierzyć, że dziś te dwa plemiona (plus trzecie; Twa) żyją obok siebie. Tak nakazuje polityka, a jednak w powietrzu wciąż wisi niepewność, wciąż nasączone jest ono strachem i przesiąknięte krwią ofiar. Tutsi i Hutu nic już nie dzieli, nikt nie wspomina o swoim pochodzeniu, nikt też nie mówi (poza czasem kwietniowych obchodów) o tym, co się zdarzyło – pozornie, bowiem nie muszą tego robić, wiedzą, czują i pamiętają o tych zdarzeniach każdego dnia.  

Często ofiara, która uszła z życiem, mija na ulicy tego, który kiedyś spudłował lub nie ciął maczetą wystarczająco mocno. Codziennie kobiety spoglądają na tych, którzy je gwałcili  brutalnie, zbiorowo, z użyciem drewnianych bali – a przy jednej ulicy, nawet w domu obok, żyją ci, którzy pozbawili życia ich dzieci.  






Tyle unicestwionych istnień nie mieści mi się w głowie. Chciałabym, ale trudno mi przyjąć do wiadomości, że nagle świat wariuje, a ludzie z dnia na dzień dziczeją i z nienawiścią oraz nieskrywaną  satysfakcją potrafią podnieść maczetę na sąsiada, zabić dziecko, znęcać się nad kobietą. Nie pojmuję, to się nie powinno nigdy wydarzyć.



Czemu jeszcze chcę się tu przyjrzeć, jakiego tabu dotknąć? Jakiego lęku doświadczyć? Jaką granicę przekroczyć? I po co?


W Rwandzie jest miejsce na miłość, a przynajmniej kiedyś było. Miłość między Hutu i Tutsi też istniała, a z mieszanych par rodziły się dzieci. Jeśli ojciec był Tutsi – dzieci były Tutsi, a jeśli Hutu – to Hutu. I powiedzcie mi, co musi mieć w głowie kobieta Hutu, która zabija własne dzieci, bo są?  

Odór śmierci unosi się w powietrzu, ziemia wchłania krew ofiar. Ciała zmarłych chowane są w masowych grobach – nie z szacunku, ale po to, by nie śmierdziały. Doły wypełnione są po brzegi czaszkami, odrąbanymi kończynami, szmatami nasiąkniętymi krwią, kośćmi, z których psy wyssały wcześniej cały szpik. Ci, którzy przeżyli, nie wiedzą, gdzie zagrzebano ich bliskich, nie zaznają spokoju.

Mogłabym wymieniać bez końca te wszystkie okropności, którymi raczy nas dziennikarz, ale nie w tym rzecz, nie o to przecież chodzi. To, o czym wspomniałam jest jedynie kroplą obrzydliwości. Wierzcie mi po prostu – tak na słowo – że nie znajdziecie tu subtelnych opisów, nie będziecie musieli się niczego domyślać. Zaleją Was obrazy tak okrutne, tak proste w przekazie i trudne w odbiorze; ciężko otrząsnąć się po takiej dawce bestialstwa.



Gdzie podział się człowiek?



To pytanie, które zadawałam sobie podczas lektury niejednokrotnie. Co stało się z ludźmi, jakie zbiorowe popapranie musiało zatruć ich umysły? Gdzie wtedy podział się człowiek? Dlaczego nikt nie reagował? No jak? Dzieło Szatana? Zbiorowe szaleństwo? A może człowiek, kiedy może krzywdzić bezkarnie, po prostu robi to? 

Autor chciał napisać o wszystkich, o każdym z osobna, dać świadectwo, nie pominąć żadnego istnienia, jednak nie podołał. To niemożliwe, okazało się ponad jego siły, ale też ogrom tego bestialstwa leży poza wszelkim wyobrażeniem. Nie można uczcić pamięci tych wszystkich, którzy zginęli. Żyją oni wciąż w pamięci swoich bliskich, o ile jeszcze jacyś pozostali. Ich szczątki znajdują się w muzeach, pod ozdobnymi płytami, które przykrywają masowe groby lub nadal tkwią w rowie czy w zapomnianym dole.  Tych ludzi już nie ma, ale nie istnieją również ci, którzy przeżyli. Są niczyi. Kobiety dogorywają, bo zżera je AIDS – trwała pamiątka pozostawiona przez  gwałcicieli. Mężczyźni mordują swoje rodziny, bo nie potrafią odnaleźć się w tym, co zostało. Dzieci, teraz już dorosłe, żyją w ciągłym zawieszeniu – samotne. Tutsi spoglądają każdego dnia w oczy Hutu i żadne nie wie, co powiedzieć, bo brakuje słów wybaczenia, bo ile znaczą przeprosiny? Bo może to jeszcze nie koniec?

Polecam Czytelnikom o mocnych nerwach, którym niestraszne refleksje nad kondycją człowieka, nad złem i ludzką hipokryzją. To wstrząsający, sięgający wnętrza reportaż, który trudno wyprzeć z pamięci – co się przeczytało, to się nie odczyta – zawsze będzie gdzieś w środku.