niedziela, 19 lutego 2017

Gdzieś po drodze rozpadł się świat: "Droga"


Noce ciemniejsze od ciemności, każdy nowy dzień bardziej szary od poprzedniego. Jakby to był atak jakiejś lodowatej jaskry, zacierającej obraz świata.



Za niektóre książki nie potrafię zabrać się tak po prostu, długo czekają one na swoją kolej, wciąż odkładam je na później i z wolna dojrzewam do tego, aby w końcu rozprawić się z tytułami, które siedzą w mojej głowie już od dłuższego czasu. Tak było z Drogą  powieścią autorstwa Cormaca McCarthy'ego, która otrzymała w 2006 roku James Tait Black Memorial Prize (brytyjska nagroda), a już rok później nagrodę Pulitzera. Nie wiem, dlaczego tak długo zwlekałam, bo i klimat mi odpowiada, i opis intrygujący  może bałam się rozczarowania? Dzisiaj sobie myślę, że dobrze się stało  dziś ta opowieść we mnie osiadła, zagnieździła się, zmusiła do refleksji.


Szarość rzeczywistości


O miłości rodzicielskiej napisano już chyba wszystko. Chyba, bo wciąż trafiam na książki, które pokazują mi, że można dodać coś jeszcze, że do tej pory nie padło ostatnie słowo. Miłość w Drodze jest sensem życia, daje siłę do działania wtedy, gdy nic nie jest pewne, a każdy kolejny krok to wyzwanie, którego nie chce się podjąć. O ile matczyna miłość  jako motyw literacki  jest nam dobrze znana i nikogo nie zaskakuje, nie dziwi, o tyle rzadko zderzamy się z tą ojcowską, która może wiele i znaczy więcej niż wszystko. 


McCarthy przenosi nas do Ameryki, ale nie tej pachnącej coca-colą, pełnej oszałamiających barw i niezwykłości  przyjrzymy się za to kontynentowi pokrytemu szarym, brudnym popiołem, spalonemu, zniszczonemu, u kresu sił. Świat chyli się ku upadkowi: brakuje żywności i wody, noszone wciąż szmaty rozpadają się w dłoniach, jest zimno i ciemno, a Matka Natura ledwo zipie. Klimat jest nieprzychylny, złowrogi, a wszechobecny kurz i płatki szarego popiołu wypełniają pustą, opuszczoną przez człowieka przestrzeń i każdy zakamarek ciała oraz myśli tych, którzy jeszcze pozostali.

Powiew wiatru niesie odór śmierci, śnieg przykrywa wyschnięte na wiór ciała, a deszcz smaga wychudzone ramiona tych, którzy przeżyli, którzy jeszcze się  nie poddali. Po tej miażdżącej życie ziemi wciąż chodzą ludzie  wraki ludzi, którzy nie stronią od kanibalizmu, wzajemnie się niszczą i są przerażeni tym, że każdego dnia muszą otworzyć oczy i znów spoglądać na rozsypujący się świat, znów muszą iść, walczyć o przetrwanie. Wielu się poddaje, odchodząc po cichu, inni próbują znaleźć nowy, lepszy świat.

Ojciec i syn kierują się na południe, wierząc, że znajdą tam innych "dobrych ludzi" i szczęśliwsze życie. Nie jest ważne to, kim byli w poprzednim życiu  tym "przed wszystkim"  często przestaje się liczyć również fakt, kim są obecnie. W sumie nic od dawna nie ma znaczenia, poza jedynym  uczuciem, które ich łączy, niepisanym paktem, który wymaga od nich przetrwania w imię miłości dla tego drugiego. Obaj potrzebują siebie, by nadać sens temu, co wydaje się bezsensowne, jednak zdają sobie sprawę z kruchości swego istnienia. Wędrują razem wśród łamiących się pni, owiewa ich smród rozkładających się ciał, ale brną do przodu, wierząc, że czeka ich coś lepszego, chociaż nie mają pewności.

Rozkład


Cudowna przygoda już za mną. Poszło gładko i szybko, za szybko, bo chciałabym pozostać dłużej w tym świecie i sprawdzić każdą przykrytą szarym popiłem dziurę, zajrzeć do każdego bunkra, obejrzeć porzucone domostwa. To krótka historia, jednak tak skondensowana, że niewielka objętość niczego jej nie ujmuje, absolutnie! No, może nie jest taka krótka, ale pochłonęłam ją tak szybko... można odnieść takie wrażenie. 

Droga to niesamowita powieść postapokaliptyczna, która jest napisana pięknym językiem  dojrzale, ale lekko i przejmująco, a przy tym bez zawiłości i zbędnych zapychaczy. Wymuskany styl sprzyja zanurzeniu się w tej chmurze pyłu, pozwala na rozejrzenie się wokół z podnieceniem i chociaż krajobraz jest tu paskudny, nie trudno docenić jego literackie piękno. Wspaniała kreacja świata przedstawionego uwypukla to, co rozkłada czytelnika na łopatki, a mianowicie  wizerunek człowieka wraz z jego uczuciami, przeszłością, potrzebami, instynktem i wolą. W Drodze znajdziemy niesamowicie wnikliwy obraz bohatera, który żyje dla kogoś i umykając wciąż śmierci, stara się nadać pustce namiastkę normalności. A co jest normalne? Wraz z końcem starego świata rozpłynęły się zasady,  rozwiało człowieczeństwo, a jednak widzimy, że można próbować być ponad wszystko.

Ta powieść mnie rozbroiła, czego kompletnie się po niej nie spodziewałam. Początkowo podchodziłam sceptycznie do tej ciągłej wędrówki ojca i syna, którzy nieustannie przemierzali opuszczone, zasypane brudnym śniegiem, szarym popiołem i resztkami starego świata, drogi. Początek mi się dłużył, a nawet nudził, ale z każdym kolejnym krokiem, z każdą nową myślą, wchodziłam w tę dziwnie niepokojącą przestrzeń i... dałam się jej wessać, do cna. Śledziłam losy bohaterów z nieskrywaną fascynacją i z ogromnym smutkiem, ale też z takim ciepłem w serduchu obserwowałam ich relacje, przyglądałam się ich walce o siebie, przeżywałam każdy kilometr drogi, zaglądałam w niejedną dziurę, by odnaleźć resztki człowieczeństwa.

Droga to cudowna, mocna, przejmująca i niesamowicie klimatyczna powieść o niebanalnej miłości i zależności. Cieszę się, że mogłam ją przeczytać, że w końcu zebrałam się w sobie i ruszyłam ku południu, by odnaleźć coś, co przecież może nie istnieć. Żałuję tylko jednego, że ta historia tak szybko się kończy, bo chciałabym, że trwała. A jednak warto było dojść do wielkiego finału, by ostatecznie przekonać się o wartości tej powieści.