piątek, 24 lutego 2017

Misja na czterech łapach: "Był sobie pies"



Ludzie byli zdolni robić tyle niesamowitych rzeczy, a mimo to tak często siedzieli bezczynnie, wypowiadając tylko słowa.



Był sobie pies autorstwa Camerona to książka, która zaciekawiła mnie już przed premierą, ponieważ naczytałam się pozytywnych recenzji. Niektóre wynosiły tę opowieść ponad inne, chwaląc ją praktycznie za wszystko. Domyślacie się zatem, jakie było moje rozczarowanie, kiedy zaczęłam lekturę i okazało się, że nie porywa  ot, zwykła historia o psim życiu, z psiej perspektywy, a do tego styl dość infantylny, bo czego oczekiwać po szczeniaku? I już na początku obmyśliłam plan: czytnik, okładka oraz gumowy kurczak mojego Lupusa pasowały mi idealnie  ta kolorowa, nieco wiotka i nadgryziona zabawka miała wyrażać wszystko. A potem? Mój plan legł w gruzach...

Psia misja


Czworonożny przyjaciel człowieka? Nie kot, nie świnka morska, chomik ani nawet koza, ale właśnie pies zyskał to godne miano, co w sumie nie powinno dziwić nikogo, kto ma lub też pożegnał takiego przyjaciela.




Naszym przewodnikiem po psich wcieleniach  musicie wiedzieć, że nie będziemy mieć do czynienia z jednym, ale z kilkoma życiami  jest pies Bailey, a może Toby albo Ellie? Spojrzymy na świat jego oczami i zerkniemy na ludzi, którzy niewątpliwie stanowią fascynujący, chociaż niezrozumiały "materiał" do obserwacji. Wysłuchamy ich, choć język będzie dla nas niezrozumiały, ale to, co najważniejsze kryje się tu poza słowem  w geście, emocji, spojrzeniu. 

Przejdziemy z psiakiem bardzo długą drogę. Odwiedzimy psią zagrodę, by potem spędzić mrożące krew w żyłach chwile, kiedy pies będzie resztką świadomości walczył o życie w nagrzanym samochodzie. Wyruszymy na misję poszukiwawczą i uratujemy kilka ludzkich istnień, ale też odczujemy chłód i głód przywiązane do psiej szyi krótkim, grubym łańcuchem. Wraz ze zwierzakiem poznamy wiele odcieni czworonożnego życia, odrodzimy się pod różnymi postaciami i, co ważne, każda będzie miała znaczenie  inne, ważne.

Był sobie pies to jednak przede wszystkim opowieść o wspaniałej, ponadczasowej przyjaźni czworonoga z chłopcem. Na kartach powieści zaobserwujemy, jak rodzi się wielka miłości i jak silne może być przywiązanie oraz do czego może to prowadzić. 

Mówi się, że trzeba przeżyć życie najlepiej, jak się potrafi... a kiedy tych wcieleń jest więcej? Pies zastanawia się nad sensem i znaczeniem swojego odrodzenia (czasem są to iście filozoficzne wywody), dochodząc do wniosku, że będzie "służył" ludziom najlepiej, w pełni poświęcając swoje psie istnienie, by zadowolić kolejnych właścicieli. Wierzy, że istnieje powód jego ciągłych powrotów i  o czym się wkrótce dowiemy  nie mylił się. Będzie wzruszająco, niebezpiecznie, ale też zabawnie. 

Był sobie pies to opowieść o mocnej więzi, o psiej i ludzkiej codzienności, o dojrzewaniu delikatnej, opartej na bezgranicznym zaufaniu relacji, o ciele i umyśle. Historia daje nam okazję spojrzenia na siebie, na nasze działania lub bierność. Podczas lektury można odnieść wrażenie, że Bailey rozumie więcej, niż jemu i nam się wydaje, że to my  ludzie  niewiele wiemy o tym, co najważniejsze i, chociaż mamy środki do tego, by czynić dobro  pozostajemy bierni lub krzywdzimy... A taki pies? Moglibyśmy się wiele od niego nauczyć.

Zwykłe dobrego początki


Pierwsza część tej historii nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia. Czytało się miło i szybko, ale to, co próbował mi pokazać Bailey, było dla mnie bez znaczenia. Kolejne gumowe zabawki, szybka kopulacja, groźne warknięcia. Byłam rozczarowana. Na szczęście potem było już tylko lepiej. Narracja dojrzewa wraz z kolejnymi wcieleniami, więc początkowe infantylne wynurzenia małego psiaka, szybko przybierają kształt konkretnych, poukładanych myśli. A finał? Zakończenie tej historii jest ukoronowaniem wszystkich psich wcieleń  rozbraja  zresztą koniec każdego życia wywołał we mnie sporo emocji. 

Był sobie pies to piękna historia i nie żałuję  mimo początkowego znudzenia  że dałam jej szansę. To ciepła opowieść, którą warto przeczytać choćby po to, by uzmysłowić sobie, jak wielka jest siła miłości  tej bezinteresownej, szczerej, niemej. Czasem, by powiedzieć komuś, jak wiele dla nas znaczy, nie potrzeba słów.

 Lupus
Nasz psi przyjaciel

Wiem, że powieść została zekranizowana, ale prawdę mówiąc, nie wybieram się do kina. Podejrzewam, że zalałabym się łzami, tak jak zalewałam się w domowym zaciszu przy lekturze. Taka ze mnie miękka buła... Zachęcam Was jednak do poznania tej historii, jednak najpierw w papierowej wersji, ponieważ jest tego warta. Nie jest to książka idealna, ale wszelkie uchybienia odsuwam na dalszy, bardzo daleki plan, bo nie mają tu one znaczenia. Liczą się emocje, a te  bez dwóch zdań  są bardzo silne. To lubię.