wtorek, 7 lutego 2017

Suwalszczyzna z dreszczykiem: "Gałęziste"


Tych niewytłumaczalnych wydarzeń było zdecydowanie zbyt wiele i były one zbyt częste, a lista racjonalnych wyjaśnień malała w zatrważającym tempie.


Kiedy dzień ustępuje miejsca wieczorowi, przenoszę się w świat literatury. Każda wędrówka jest inna; raz przyglądam się ziemiom spalonym słońcem, innym razem zanurzam umysł w wilgotne, lepkie... klimaty. Czasem jednak bywa tak, że książka, po którą sięgam, idealnie wpisuje się w mroczny nastrój nocy, w ciszę wypełnioną jedynie szumem liści. Gałęziste autorstwa Artura Urbanowicza to opowieść, którą lepiej czytać w świetle dziennym, kiedy drzewa za oknem nie rzucają złowieszczego cienia, dopełniając wizji Autora.

Ostatnia deska ratunku


Jak często bywacie w lesie? Może nie lubicie tych wszędobylskich robali, które wcisną się w każdy zakamarek czy pajęczyn oblepiających włosy, ale z pewnością doceniacie zbawienną dla zmysłów siłę natury i raz na jakiś czas uciekacie z dala od cywilizacji, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza. A może zdarzyło się Wam biwakować? Spędziliście kiedyś noc w sercu lasu czy na skraju polany, wypełniając ciszę mrocznymi, wyszeptanymi  wśród cieni, historyjkami, które miały umilić Wam wieczór i wprowadzić w odpowiedni klimat? Łakniemy tej dzikości, świeżości i dziewiczości, ale też przygody, a gdzie łatwiej o mroczny nastrój? 



Karolina i Tomek próbują ratować swój związek, bowiem czas płynie, a siła ich uczucia słabnie. Faza czerwonych serduszek i cichych wyznań przy świecach już dawno odeszła w zapomnienie. Para (głównie ona) chce nadać swoim relacjom świeżości, oczyścić je ze złych "fluidów" i odnaleźć się na nowo w gąszczu codzienności. Kiedy dziewczyna proponuje Tomkowi wypad na Suwalszczyznę, ten początkowo szuka wymówek, byle tylko nie ruszać się sprzed telewizora, jednak wobec rodzinnych planów, które szykuje dla niego matka, uznaje, że wycieczka z ukochaną nie jest takim złym, jakby się mogło wydawać, pomysłem. Młodzi ruszają w drogę ku niewielkiej wiosce, gdzie "zaklepali" wcześniej pokój. Kiedy jednak dojeżdżają na miejsce (nie bez problemów), okazuje się, że właściciele musieli pilnie wyjechać i kompletnie zapomnieli o przyjeździe gości. Naprędce organizują im lokum w okolicznej wsi, w Białodębach, i tu zaczyna się mroczna przygoda. 

W otoczeniu lasów, cmentarza i kilku rozrzuconych niedbale chat zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Miejsce jest nieprzyjazne, mieszkańcy wsi (delikatnie mówiąc) dziwi, a nocne mary przybierają niebywale realne kształty. Czy to już szaleństwo, czy wybujała wyobraźnia, czy może faktycznie jakaś nieprzychylna siła zaciska pętlę wokół młodych umysłów? Każde mrugnięcie otwiera przed młodymi świat, o którego istnieniu nie mieli wcześniej pojęcia.


Wielkie uff


Artur Urbanowicz zaznaczył na wstępie, że nie należy utożsamiać z jego osobą wszelkich spraw wiary, które znajdziemy na kartach tej powieści. Wiecie, co sobie pomyślałam? Po przeczytaniu pierwszej strony, jeszcze przed właściwą treścią książki, doszłam do wniosku, że wpakowałam się w niezłe bagno, a podróż w głąb Suwalszczyzny będzie usłana kolcami. Na szczęście już pierwsze rozdziały uświadomiły mi, że żadnego nawracania czy wykładania prawd wiary nie będzie, przynajmniej nie w sposób nachalny, dosłowny. Kamień spadł mi z serca, kiedy okazało się, że Autor nie przyjął na siebie misji zbawienia świata.

Klucz w słowie "wiara" to również jego znaczenie. "Wierzymy w coś", a to coś zupełnie innego niż "wiemy". Jeżeli znajdziesz na coś jakikolwiek dowód, to już nie wierzysz, a po prostu wiesz. To duża różnica.

Oczywiście pewne elementy musiały się tu pojawić, ale na nich właśnie opiera się zamysł, a one same zostały, moim zdaniem, użyte z wyczuciem, w interesujący sposób tworząc tło dla wszystkich wydarzeń, którym poddajemy się z niejasnym niepokojem. Co prawda możecie czuć lekkie znużenie tym tematem, bowiem towarzyszy nam od początku, ale warto się mu poddać, po prostu, i nieważne, w co "wierzycie" czy co "wiecie".

Książkę czyta się bardzo przyjemnie, a biorąc pod uwagę liczbę stron wypełnioną po brzegi gęstą czcionką, mogę stwierdzić, że była to wyjątkowo szybka, jak na te warunki, podróż w głąb mrocznego lasu. Opisy, którymi raczy nas Autor są niezwykle sugestywne - na tyle, że widziałam te wszystkie sceny, miejsca i bohaterów (świetne kreacje!). Mam nadzieję, że kiedyś obejrzę film, który powstanie na podstawie tej książki, bo do pełni szczęścia brakowało mi jedynie fonii - wiecie, ta chwila, kiedy ona stoi na leśnej ścieżce, widzi coś w oddali i chociaż jest przerażona, koniecznie musi sprawdzić, co też kryje się za drzewami. Tak, każdy element zaskoczenia winien być okraszony tu krzykiem jakieś młodej aktoreczki, bo przecież mi nie wypada drzeć się w środku nocy, prawda? ;)

Ludzki organizm i jego anomalie - również te psychiczne - to jednak wciąż wielka zagadka medyczna...

Wszystko byłoby cudownie, gdyby nie styl. Powieść napisana jest bardzo potocznym językiem, nie brakuje tu wulgaryzmów, które w wielu sytuacjach można było po prostu pominąć (chociaż oczywiście nie we wszystkich), by intryga była bardziej wyrafinowana. Mam takie poczucie, że w narracji powinno się unikać potoczności. W kolokwializmach pławią się dialogi oraz monologi, co jednak ma uzasadnienie, chociaż lekko przeraża... To dwudziestolatkowie TAK się do siebie odnoszą? Tak ciągle? Wydaje mi się, że warto popracować nad warstwą językową, a jest ku temu bardzo dobry powód: Gałęziste to debiut, który zachwyca, ale żeby kolejna powieść powaliła czytelników na kolana, po prostu musi być dopieszczona również pod tym względem. Wierzę jednak - tak po cichutku - że z tym, co tam Autorowi siedzi w głowie, obroni się i przy takiej formie prezentacji treści. 

Klimatyczny, mocny, bezkompromisowy prolog, który od razu zatruwa myśli Czytelnika, obiecując zabawę na wysokim poziomie szaleństwa, zachęca do dalszej lektury. Powiem Wam, że warto dać się porwać i dotrzeć, choćby z małymi zadrapaniami, do wielkiego finału, bowiem tam czeka Was ogromne zaskoczenie. Ja dałam się omamić - uwielbiam to!


Art Ur maluje przed nami taki obraz Suwalszczyzny, której nie można zapomnieć. Sama byłam w tamtych rejonach jedynie przejazdem, ale czy chciałabym teraz, po lekturze, sprawdzić urokliwość tego zakątka? Szczerze wątpię, bo wciąż miałabym przed oczami wizje, które Urbanowicz skutecznie wcisnął do mojej głowy (Autorze, proszę, omijaj Dolny Śląsk). Myślę, że w ogóle będę teraz ostrożniej stawiać kroki na leśnym podszyciu, gdziekolwiek. 

Świetny, pełen mroku nastrój tej opowieści i niezwykle plastyczne obrazy utkane z blasków, cieni, szumów oraz trzasków nie dają nam spokoju, wpychając świadomość na wyższy stopień wtajemniczenia. Urbanowicz uświadamia, że wielu spraw wyjaśnić się nie da lub po prostu nie należy tego robić, bo nigdy nie wiemy, jakie licho potrząsa tymi gałązkami, które rzucają właśnie cień na nasze oblicze.

Na pewno skuszę się na kolejną powieść Artura Urbanowicza. Jestem ciekawa, czym tym razem mnie zaskoczy i w jakie stany lękowe mnie wpędzi :P Grzesznik ukaże się latem, a zatem mam jeszcze chwilę, żeby odsapnąć. Lato spędzę w tym roku w Borach Stobrawskich, więc na pewno nie omieszkam zamknąć domu na wszystkie możliwe spusty, zanim zasiądę do lektury, o! I tego się będę trzymać.

Po gałązce do sedna: *klik*