środa, 8 marca 2017

Jesteśmy zajęci umieraniem: "Wielki Marsz"



Tamci to zwierzęta, zgoda.
Ale czy wiesz na pewno, że dzięki temu my jesteśmy ludźmi?




Bardzo dawno nie czytałam żadnej książki Stephena Kinga, w sumie muszę przyznać, że w życiu przeczytała tylko kilka sztuk – mogłabym policzyć je na palcach jednej ręki. Nie jest to mój ulubiony autor, nie zachłysnęłam się jego wizjami, chociaż nie ulega wątpliwości, że mogłabym – nie byłabym stratna i zapewne nie uświadczyłabym nudy. Zapomniałam już, jak bardzo popaprane historie wychodzą spod jego pióra, a szkoda... Nie ma jednak tego złego, ponieważ przede mną jeszcze wiele dobrego. Tak myślę. Po długiej abstynencji przyszedł czas na powieść Richarda Bachmana (pseudonim)  i jego Wielki Marsz. 

Zajęci umieraniem


Możemy więcej, niż nam się wydaje, zwłaszcza kiedy nie pozostawia się nam wyboru. Do czego zdolny jest człowiek? Zapewne do takich działań, o które go nie podejrzewamy. 




To będzie chyba najbardziej skrótowy opis zarys fabuły, jaki zdarzyło mi się dotychczas napisać. Problem z tą książką (w przypadku recenzji) polega na tym, że wątek główny jest sednem samym w sobie i wokół niego kłębią się myśli, zdarzenia i emocje. 


W tej właśnie chwili jesteśmy zajęci umieraniem.



Najkrócej? Na starcie Wielkiego Marszu staje stu chłopców – młodych, wysportowanych, wytrzymałych. Każdy ma jeszcze szansę zrezygnować, ale żaden się na to nie decyduje – w końcu nie po to się zgłaszali i zdawali egzaminy, by teraz odpuszczać. Zadanie? Mają po prostu cały czas iść, nie zwalniając tempa poniżej określonej prędkości. Każdy spadek trwający trzydzieści sekund to upomnienie, a trzy upomnienia równają się czerwonej kartce, a ta? No właśnie... ta eliminuje z gry. Zwycięzca może być tylko jeden, ale nie wyznaczono mety – będzie to kilometr, na którym podda się przedostatni zawodnik. Nagroda? Dowolna i dożywotnia – czego tylko dusza zapragnie. Gra warta świeczki?


Końca nie widać



Kiedy zaczynałam lekturę, nie podejrzewałam, że będę tak zmęczona tą historią. To krótka książka, treść pełna dialogów, bohaterowie znajdują się wciąż w ruchu, zmienia się  pogoda, okolica, zmieniają się twarze obserwatorów, a i każda z postaci przechodzi przemianę fizyczną (co oczywiste) i psychiczną (co nieuniknione). A jednak się zmęczyłam. Bardzo. Tak w środeczku. 

Każdy kolejny krok był bolesny, bo niby wiedziałam na początku, jak to się skończy – reguły gry były w końcu oczywiste - niby podejrzewałam, gdzie i kto, z kim. Tyle że było inaczej. Było spektakularnie, choć początkowo "bez szału" – szli, po prostu szli – i refleksyjnie, było mi trudno uwierzyć w motywy, w siłę woli i wytrzymałość, w każdy kolejny kilometr trasy okupiony wielkim cierpieniem. Nie potrafiłam przejąć do wiadomości, że chłopcy podążają w jedną stronę, w imię "czegoś", znając zakończenie tej historii, odnajdując w drodze osobiste piekło. Może i na początku bagatelizuje się nieco tego czy tamtego, ten ślad na białej linii na drodze czy tamtą plamę na poboczu, ale każdy kolejny kilometr przybliża czytelnika do... w sumie trudno stwierdzić do czego, bowiem zakończenie tej historii mocno miesza w głowie. 

Myślenie. Myślenie i samotność, bo nieważne, z kim spędzasz czas, na końcu jesteś sam.

Wydaje mi się, że trzeba przejść z chłopcami każdy odcinek tej trasy, by docenić wartość tej historii. Łatwo nie będzie, ba! z każdym kolejnym krokiem to zadanie okaże się dla bohaterów (i czytelnika) prawdziwą mordęgą. Oni odpadają z powodu zmęczenia (i wielu innych, bo w końcu los bywa przewrotny), a my? Nas ta opowieść miażdży emocjonalnie.

Autor zaskoczył mnie pomysłem, który już sam w sobie wydawał mi się absurdalny, pociągający i mroczny, jednak to nie jest pomysł jest tu sednem, ale stopniowanie emocji, napięcia, przelewanie żalu i empatia oraz każdy kolejne krok, który przybliża nas do mety. Czy tak będzie wyglądał koniec naszego świata? Koniec człowieka, człowieczeństwa? 

Chciałaby napisać coś sensownego na temat tej powieści, ale chyba nie potrafię ująć w słowa tego, co chodzi mi teraz po głowie – to już wymagałoby dłuższego posiedzenia i wytoczenia ciężkiego działa, a – jak wspomniałam wcześniej – trudno nie zdradzić zbyt wiele, by opowiedzieć o tym, co tu najważniejsze. Taka to dziwna i sprytnie skonstruowana historia.

Z pewnością Wielki Marsz dostarczy Wam nie lada materiału do przemyśleń oraz mnóstwa sprzecznych emocji i – co ważne – to szybko nie minie, a może nawet uznacie tę powieść za jedną z najlepszych w Waszym życiu... Nie zdziwi mnie to wcale.