piątek, 31 marca 2017

Kchurwa, czyli "Requiem dla snu"




(...) jedną z bolączek współczesnego świata jest to, że nikt nie wie kim tak naprawdę jest.



Ach ten Selby... Zanim przeczytałam Requiem dla snu po polsku, najpierw przebrnęłam przez oryginał, potem obejrzałam film, a dopiero na końcu poznałam tę historię w rodzimy języku. Za każdym razem ta opowieść wzbudzała we mnie niesamowicie mocne emocje – ciężkie, rozgrzane, bolesne. Czytaniu, ale przede wszystkim oglądaniu, towarzyszył szok, niepokój i smutek. Requiem dla snu w każdym wydaniu to taka historia, obok której nie można przejść obojętnie – pozostaje na długo, natrętnie wwierca się w umysł i nijak nie daje się zapomnieć.


Ożeż w mordę!



Tyle można powiedzieć na temat tej historii i na tym można skończyć, ale nie darowałabym sobie, gdybym choć trochę nie przybliżyła Wam fabuły. Odrobinę, bowiem trudno tu mówić o konkretach, by nie zdradzać tego, co najważniejsze. Trudno też wskazać te najistotniejsze czynniki, ponieważ całość ma znaczenie.



Jeśli zastanawialiście się kiedyś, co narkotyki mogą zrobić z człowiekiem, to Requiem dla snu z pewnością udzieli Wam odpowiedzi. Poznacie Harry'ego, Tyrone'a oraz Marion młodych, obrotnych, marzących o wspaniałej przyszłości ludzi, którzy w pogoni za lepszym życiem, w zawrotnym tempie staczają się na dno. 

Upłynnianie towaru początkowo przychodzi im z łatwością, jednak paląca potrzeba, by zażyć, z czasem okazuje się silniejsza, a gdzie jest potrzeba, tam nie ma miejsca na "razem", bowiem liczy się tylko "ja". Kiedy interes się kręci, wszystko jest w porządku – jest czas na miłość, zaufanie, uśmiechy i spokój, wspólne plany snują się leniwie po głowie, słodkie wyznania otulają złaknione bliskości ciała. Kiedy towaru zaczyna brakować, pojawia się zastój w biznesie, pieniądze się kończą – trudno tu mówić o jakichkolwiek ciepłych uczuciach. Requiem dla snu to historia wskazuje drogę na dno, nie oszczędzając przy tym niczego i nikogo.
Ruchy spowolnione, oczy półprzymknięte, umysł aksamitnie wyciszony, powietrze czyste, życie wolne od trosk, słowa leniwe i wyciszone.


Tuż obok, a jednak dość daleko – jakby w oderwaniu – toczy się historia Sary, która jest matką Harry'ego. Kobieta marzy o wystąpieniu w programie telewizyjnym. Wielki sen o karierze, popularności i czerwonej sukience szybko staje się jej obsesją. Nagle tu jest za dużo, tam jest za siwo. Sara uzależnia się od tabletek odchudzających, a skutki tego uzależnienia... sprawdźcie sami.

Requiem dla snu to przede wszystkich opowieść o marzeniach, które zaczynają się wymykać spod kontroli. Ile warto poświęcić, by dopiąć swego? Kiedy czyta się tę książkę, wciąż odnosi się wrażenie, jakby bohaterowie tańczyli na linie – jeden krok i po sprawie, jeden niekontrolowany ruch i koniec. 

"Brutalna i piękna powieść o życiu na krawędzi"? Jak najbardziej...



Bezpardonowe traktowanie


O czym należy pamiętać, zanim przystąpi się do lektury Requiem dla snu? Już na stronie redakcyjnej znajdziecie informację: 


Zachowano oryginalną interpunkcję i pisownię nazw własnych przyjęte przez Autora.

Oryginalna interpunkcja objawia się brakiem znaków interpunkcyjnych tam, gdzie są one dla nas oczywiste i tam, gdzie powinny się znaleźć, by tekst zyskał pewną śpiewność. Tego nie ma, a kiedy jest, często wybija z rytmu. Dodatkowym utrudnieniem okazuje się brak dialogów, tzn. one same występują w treści, oczywiście, ale są z nią zlepione wciśnięte pomiędzy opisy, pojawiają się nagle, znikając bez zapowiedzi. Początkowo nie wiemy, kto i gdzie, z jakiej racji i w imię czego, ale z czasem nabieramy wprawy w rozróżnianiu pojedynczych wypowiedzi, w oddzielaniu narracji od rozmowy. Brakowało mi, och, jak ja tęskniłam do " – ", niby nic a jednak... Lektura jest zatem trudna do przejścia ze względu na tematykę – ta powala – ale też z powodu formy przekazu treści. O ile jeszcze mogę zrozumieć tę zamierzoną niechlujność w wypowiedziach bohaterów, o tyle trudno było mi przyjąć – tak po prostu, bez szemrania – wypowiedzi narratora, które otrzymujemy w tym samym, zaburzonym i wybrakowanym interpunkcyjnie tonie. Miałam ochotę chwycić za długopis (!) i wprowadzić odrobinę ładu w tekście. W końcu ustąpiłam...




Początkowo było trudno, naprawdę, ale kiedy już porzuciłam dziką żądzę "prostowania", przepadłam. Zakończenie tej historii czytałam  z otwartą paszczą, co uważam za dobry znak, bo przecież wiedziałam, jaki jest jest finał tej opowieści. W każdym razie lektura tej książki miażdży, historia jest bezkompromisowa, podobnie z wykonaniem. 

Od wielu lat jestem zakochana w ścieżce dźwiękowej z tego filmu. Uwielbiam i wciąż do niej wracam. Przesłuchajcie koniecznie. Jeśli można mówić o psychodelizmie dźwięków, to tak określiłabym te utwory.



Zastanawiałam się długo nad tym, czy polecić Wam najpierw obejrzenie filmu, a potem przeczytanie książki, czy w odwrotnej kolejności. Myślę sobie jednak, że zawsze warto zacząć od książki, chociaż jeśli nigdy się nie zdecydujecie na tę lekturę, to film wprowadzi Was w odpowiedni klimat – jest bezbłędny.

Wracając jednak do papieru, uważam, że warto przeczytać tę historię. Będziecie się zapewne okrutnie irytować – może tylko przez jakiś czas, a może przez całą opowieść – ale warto. Ja odpuściłam, wyzbyłam się tego poprawiania w myślach, stawiania przecinków i wyobrażania sobie " – " tam, gdzie ich nie było i nie będzie. Dałam się wciągnąć, porwać, utknęłam, popłynęłam... I to chyba właściwa droga, ponieważ Requiem dla snu to najlepsza książka o narkotykach, jaką w życiu przeczytałam, chociaż podana w najmniej zjadliwej formie. Taki był zamysł i plan i chociaż początkowo wszystko we mnie krzyczało, to jednak weszłam w to – tak naprawdę, do końca. Tego i Wam życzę.