piątek, 24 marca 2017

Moc emocji: "Stan nie! błogosławiony"




(...) nie możesz poświęcać swoich marzeń i planów tylko po to, aby żyć tak, jak wszyscy. Bo oni za ciebie tego życia nie przeżyją...

Stan nie! błogosławiony Magdaleny Majcher to jedna z tych propozycji, która od razu przykuła moją uwagę. Po pierwsze książki z Pascala dobrze mi się czyta, a po drugie – tematyka tej konkretnej szalenie mnie zaciekawiła, chociaż trzeba przyznać, że do łatwych nie należy. Nie boję się jednak trudnych tematów, więc w końcu się zebrałam i przeczytałam. Nie żałuję. 


Żeby było zdrowe


Kobiety są tak dziwnie skonstruowane, że praktycznie cały czas się czymś zamartwiają, a czasem to zamartwianie wskakuje na zdecydowanie wyższy poziom i osiąga wymiary wręcz niewyobrażalne w porównaniu z punktem odniesienia. Tak się dzieje, kiedy kobieta dowiaduje się, że zostanie matką, gdy nosi w sobie malutką, jeszcze nieukształtowaną fasolkę. Miliony myśli, złych przeczuć, czarnych wizji plączą się po głowie przyszłej mamy, bo przecież coś się może nie udać. Znikąd pewności! Ten stan oczywiście nie mija po porodzie, bo przecież wewnątrz dziecko było bezpieczne (w sumie), ale po drugiej stronie czyha na nie nieskończenie wiele zagrożeń. W każdym razie wszystko zaczyna się w chwili, gdy pierwsze emocje po ujrzeniu dwóch kreseczek opadną, a uczucia nieco się ustabilizują (o ile możemy tu prawić o jakiejkolwiek stabilności). Nie jest to ważne i w gruncie rzeczy trudno to wszystko wyjaśnić, zresztą jeśli jesteście matkami, to doskonale rozumiecie, co mam na myśli.

(...) nigdy nie widziałaś tej małej istoty, nie masz pojęcia, jak będzie wyglądać, jakim okaże się człowiekiem, kim zostanie, a już jest dla ciebie wszystkim.

Dla naszego maleństwa chcemy wszystkiego tego, co jest najpiękniejsze i najwspanialsze. Chcemy uchylić mu nieba, stworzyć najlepsze warunki do życia, przelać na tę małą kruszynkę wszystkie ciepłe uczucia, które przez dziewięć miesięcy kłębiły się w naszym wnętrzu. 




Nic tak nie cieszy w ciąży, jak kolejne USG, usłyszenie bicia serduszka czy pierwsze "łaskotanie" przez skórę. A jednak każdy z tych kojarzących się ze szczęściem elemenetów może być powodem ogromnego smutku, niepokoju i przerażenia. Kiedy matka dowiaduje się, że istnieje wysokie prawdopodobieństwo urodzenia chorego dziecka, ciąża nie jest już tylko powodem do radości, ale to czas wewnętrznej walki, podejmowania trudnych decyzji i konieczności ułożenia "siebie" w świecie.

Magdalena Majcher podjęła bardzo trudny temat – "groźbę" urodzenia dziecka z Zespołem Downa, zaklętą w bezdusznym 1:17. Pola dowiaduje się o tej możliwości stosunkowo wcześnie, zatem jej ciąża jest naznaczona ciągłym, niewyobrażalnym strachem o maleństwo i obawą przed przyszłością. Para – Pola ma kochającego męża Jakuba – musi podjąć niełatwą (ba! to delikatnie powiedziane) decyzję: czy poddać się inwazyjnym badaniom, by zyskać pewność? I co potem z tym wynikiem zrobić: usunąć ciążę, a może donosić i podjąć trud wychowywania chorego dziecka? Paskudna sytuacja, bo tu żadna decyzja nie jest dobra, a każdy podjęty przez młodych krok, może prowadzić do tragedii. 

Strata dziecka, w jakimkolwiek byłoby ono wieku, zawsze boli tak samo. Nieważne, czy ma rok, pięć, trzydzieści lat czy sześćdziesiąt. Rodzice nie powinni chować swoich dzieci, ot co.


Czy można zdecydować się na urodzenie dziecka, którego przyszłość jest niepewna? A może warto ciążę usunąć i zaoszczędzić sobie i jemu cierpienia? Na te i wiele innych, nigdy prostych pytań, będziecie mieli okazję odpowiedzieć sobie przy okazji lektury tej książki





Co tu dodać?


Zapowiada się naprawdę poważna walka z myślami. Autorka porusza tu znaczenie wiary, przekonań, podsuwa nam opinie lekarzy i otwiera przed nami serce przyszłej mamy, która musi się z tym wszystkim zmierzyć. Możemy próbować stawiać się w jej sytuacji, ale czy mamy prawo do oceny? Wydaje mi się, że najłatwiej zastanawiać się nad tym, czego nie doświadczyliśmy. Wtedy łatwo o ocenę. Gdy coś dotyka nas osobiście – wtedy nic nie jest już czarne albo białe, mamy tylko bogatą paletę odcieni szarości.

Do tego wszystko dochodzą jeszcze rodzinne porachunki. Poznamy matkę Poli, która jest dość specyficzną osobą. Przyjrzymy się pracy młodej pisarki nad debiutancką powieścią – to właśnie stąd zaczerpniemy wiadomości na temat przeszłości kobiety. Poza tym rozleje się w naszych serduchach sporo ciepła, a to za sprawą przemiłej staruszki babci Anieli, która wychowywała Jakuba. 

Stan nie! błogosławiony to historia, którą warto przeczytać. Wzbudza ona mnóstwo emocji, zmusza do myślenia, przybliża nam zagadnienie ciąży w ogóle i tej naznaczonej cierpieniem, mierzi i grzeje. Świetna, przyjemna w odbiorze i szalenie wartościowa. No i to, co mnie zaskoczyło – tu małżeństwo jest niesamowicie sobie oddane, a za zamkniętymi drzwiami znajdziemy dokładnie to samo, co na otwartej przestrzeni. To miła, pozytywna odmiana i – tak sobie myślę – pewne przełamanie konwencji, bo ostatnio trafiam tylko na takie pary, które są doskonałe, ale jedynie z pozoru. Okazuje się, że można przedstawić niesamowicie wciągającą opowieść bez tego typu naznaczania bohaterów. Cieszę się, że Autorka tu nie przekombinowała, a poziom dramatyzmu odpowiednio wyważyła. Tak powinno być.