niedziela, 5 marca 2017

"Mogło być inaczej"




Nie takim ojcem chciałem być. Nie chciałem, żeby własne dziecko mnie nienawidziło. Chciałem być normalnym rodzicem normalnego dziecka, czymkolwiek była ta normalność.



Mogło być inaczej autorstwa Johna Brooksa to historia oparta na faktach, która porusza i zarazem przeraża. Od razu zaznaczę, że nie zgadzam się z dopiskiem na okładce: "Prawdziwa historia rodziców, którzy zrobili wszystko, by ocalić córkę". Nie, nie zrobili. Często bagatelizowali pewne sprawy, wycofywali się, usprawiedliwiali dziecko i siebie. Nie zrobili wszystkiego, ale to uświadamiają sobie dopiero po latach. Mogło być inaczej, ale wyszło, jak wyszło i stało się to, co się stało. 


Czego nie wiemy?


Mieszkając z nastolatkiem pod jednym dachem, można spodziewać się wszystkiego. Dziecko, które jeszcze niedawno stawiało pierwsze kroczki na jeszcze słabych nóżkach, nagle staje na progu dorosłości i już wkrótce będzie stawiać pierwsze kroki w nowym życiu. Samodzielnie, wedle własnego widzimisię. To, w co zostało wyposażone, kiedy chciało jeszcze słuchać, z pewnością przyda mu się w przyszłości, a to, co wyniosło z domu, ma szansę być przeniesione – potem – na jego własną rodzinę. Ale nie zawsze. Nigdy nie wiemy, jakie będzie nasze dziecko i kim się stanie, gdy dorośnie. Pozostaje nam mieć nadzieję, że jako rodzice zrobiliśmy wszystko, by dało sobie radę.




Amerykańskie małżeństwo przebyło bardzo długą drogę, by zostać rodzicami – dosłownie i w przenośni. Niestety badania, leczenie i starania nie przyniosły zamierzonego, wymarzonego efektu. Para postanowiła adoptować dziecko, a po swój skarb przyleciała do Polski, gdzie w mrągowskim sierocińcu czekała na nich puchniutka, piękna, acz nieco opóźniona w rozwoju (ruchowo) Joanna. Po załatwieniu formalności, wywalczeniu odpowiednich dokumentów, licznych badaniach, procesie i całej masie stresu udało się - Asia, znana odtąd jako Casey znalazła dom.

W wieku dojrzewania pojawiły się (lub maże raczej nasiliły) wybuchy złości i agresywne zachowania, problemy z nauką oraz skłonności samobójcze. Każdy dzień zaczynał się od kłótni, a ta kończyła się rozdzierającym serce wyciem, słowami nienawiści i groźbą odebrania sobie życia.


Jej wybuchy zdawały się mieć źródło w bezdennej studni rozpaczy i odnosiliśmy wrażenie, że nic nie może jej przynieść ukojenia, że po prostu musi wykrzyczeć z siebie to cierpienie.

Rodzice – John i Erika – próbowali walczyć z tą (jak to określano) dziewczyną o trudnym charakterze. Kolejne zakazy, nowi terapeuci i przetrząsanie jej rzeczy osobistych wpisały się w codzienność rodziny. Rodzice wycofywali się powoli, często zmęczeni wybuchami córki, odpuszczali, przymykając oko na pewne  zachowania – byle nie wywołać kolejnej awantury i odzyskać spokój. 

Wkrótce okazało się, że mogło być inaczej, ale popełnione błędy i nieznajomość tematu – dziecko porzucone przez matkę nawet w wieku niemowlęcym może nosić w sobie niebywałe cierpienie – doprowadziły do punktu, z którego nie ma już odwrotu. Autor-narrator-ojciec próbuje dotrzeć  do sedna, zrozumieć, gdzie popełnił błąd, poznać prawdę...

Czy jednak nie jest za późno? Czy warto gdybać i zastanawiać się nad tym, co by było, ale czego już nigdy nie będzie?


Dochodzenie 


Podczas lektury zastanawiałam się nad tym, w jakim celu powstała ta książka. Czy miało to być wyznanie ojca, który nawalił i próbuje się usprawiedliwić? Czy epitafium dla ukochanej córki, której nie potrafił zrozumieć, za którą tęskni? Nie rozumiałam na początku, jaki  jest sens pisania o tym, co się stało i dochodzenia tego, dlaczego tak musiało być.

Przypadkiem natknąłem się na coś wielkiego, z czym mieliśmy do czynienia od lat, a czego nikt nie zauważył.

Czy warto grzebać w przeszłości i doszukiwać się rozwiązania, kiedy jest już po fakcie? Uznałam, że warto, chociaż początkowo nie widziałam w tym większego – poza rozliczeniem z przeszłością – sensu. Takie historie mogą otworzyć oczy niejednemu rodzicowi i uzmysłowić mu powagę sytuacji. Każde dziecko jest inne i tłumaczenie, że z czegoś wyrośnie, że taki jego urok czy charakter to nie jest żadne tłumaczenie... Chowanie się do skorupy, by zyskać odrobinę spokoju? To nie jest dobre wyjście. 

John Brooks opowiada o swoim bólu, błędach, radościach, zawodzie szczerze i bez upiększania. Poznajemy ojca, który kocha swoje dziecko, ale nienawidzi jego zachowania, który chce być wsparciem, autorytetem i przyjacielem, ale w gruncie rzeczy niewiele w tym kierunku robi. Dlaczego? Po pierwsze z niewiedzy, bo to działa na jedne dzieci, niekoniecznie będzie wpływać pozytywnie na inne. Po drugie, bo chyba go to przerosło – marzył o normalności, otrzymał coś zgoła innego. Kochał nad życie, ale potrafił okazać tej miłości. Chciał dobrze, ale wyszło, jak wyszło.

Autor podjął temat nawiązywania więzi z dzieckiem adoptowanym. Pisząc tę historię, po latach, nawiązał kontakt ze specjalistami, zgłębił zasady działania sierocińców, odbył wiele rozmów z rodzicami adopcyjnymi, którzy znaleźli się w podobnej sytuacji (też walczą, każdego dnia). Czy za późno? Dla tej rodziny na pewno, ale może ta historia da szansę przetrwania innej?

Myślę, że problem przedstawiony przez autora nie dotyczy jedynie rodziców adopcyjnych, ale wszystkich, bo przecież kochamy nasze dzieci i chcemy dla nich jak najlepiej, a niestety nie  zawsze nam się to udaje. Często zastanawiam się nad tym, kim będzie i jaka będzie moja córka, kiedy dorośnie. Czy poświęcam swojemu dziecku wystarczającą uwagę i odpowiednią ilość czasu? Ile to jest "odpowiednio"? A może jest coś, czego nie rozumiem i przypisuję to kolejnym skokom rozwojowym, może przymykam oko na niektóre sprawy, twierdząc, że dziecko z nich w końcu wyrośnie? Rozmyślam nad tym, jaka będzie moja córa, kiedy będzie miała naście lat i jak przetrwamy ten okres buntu. Nie wiem, ile popełniliśmy błędów do tej pory, ale najgorsze jest to, że nie mam pojęcia, ile ich jeszcze popełnimy... Wiem jednak jedno: trzeba reagować, działać i szukać odpowiedzi, zanim okaże się, że jest już za późno.

Za chwilę refleksji dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka