środa, 19 kwietnia 2017

Apokalipsa kompleksowo: "Bastion" Kinga







Wina jest rozłożona na tyle czynników, że nie sposób przypisać jej konkretnej osobie. To był wypadek. Mógł się zdarzyć każdemu i w każdym czasie.



Nie wiem, czy wcześniej, przed lekturą Bastionu Stephena Kinga, zdarzyło mi się przeczytać tak opasłą książkę. Zawsze podchodzę z rezerwą do cegiełek, ponieważ okropnie obawiam się przegadania, naszpikowanej zbędnymi zapychaczami treści i zbędnego pierdzielenia, które nie wnosiłoby niczego specjalnego do fabuły. Kiedy więc dorwałam Bastion, który liczy dokładnie 1166 stron, cóż... miałam pewne obawy. Czy słuszne? Po części na pewno, ale przyznaję z ulgą, że tych zapychaczy było niewiele, a lektura – pomimo długości – wchodzi w błyskawicznym tempie i, co ważne, trudno się w tej historii pogubić.

Kiedy stanął zegar


Posapokaliptyczna wizja świata zawsze mnie intryguje. Czytam książki w tym klimacie z ogromną przyjemnością, wręcz zaczytuję się z dziką radością, kiedy autor w zgrabny, ale przede wszystkim przemyślany sposób uśmierca powoli lub natychmiastowo większy procent ludzkości. Z drżącym sercem wypatruję ostatniego tchnienia skazanego na unicestwienie gatunku, a potem szczerze kibicuję tym, którzy ocaleli.



Zegar stanął. Wskazywał datę 13.06.1990 oraz godzinę 2:37:16.
Trzynastego czerwca 1990 roku, trzydzieści siedem minut i szesnaście sekund po drugiej nad ranem.



W pewnym laboratorium na amerykańskiej ziemi dochodzi do  tragedii – ktoś nawalił, coś poszło nie tak, czego skutkiem jest wydostanie się śmiercionośnego wirusa. Nie pomogły skomplikowane zabezpieczenia, systemy blokowania zadziałały z opóźnieniem, zatem jednemu człowiekowi udało się opuścić obiekt, zanim ten zamienił się w puszkę śmierci. Wojskowy myślał, że oszukał przeznaczenie, a w obawie przed karą i samym wirusem pakuje manatki, by wraz z córą i żoną ruszyć w trasę. Nie trzeba długo czekać na efekty tego lekkomyślnego, chociaż zrozumiałego posunięcia; wkrótce wirus przetacza się po Ameryce, topiąc we flegmie i krwi kolejne ludzkie istnienia; ginie ponad 90% społeczeństwa.

W świecie, w którym umarło już tylu ludzi, największym grzechem było dopuszczenie do śmierci  kolejnego człowieka.


Okazuje się, że niektórzy z jakichś bliżej nieokreślonych powodów, są odporni na działanie tego paskudztwa. To właśnie od nich zależy, jak dalej potoczy się historia ludzkości, czy uda im się odbudować świat, czy stworzą zupełnie nowe miejsce na podwalinach starej rzeczywistości. Przypadkowi ocaleni łączą się w przypadkowe grupy, a kierowani snami, zmierzają do domu starej kobiety, by odbudować to, co pochłonął wirus. Jednak nie wszyscy. Ludziom towarzyszą również koszmary senne, w których widzą mrocznego człowieka – zło w czystej postaci nawołuje do jednoczenia się i stworzenia nowego świata, zatem największe szumowiny i garstka zagubionych duszyczek przyłącza się do sił mroku. Teraz będą się ważyć losy świata, a ci, którzy zmiażdżą przeciwnika, przejmą kontrolę na rzeczywistością, po kres. 

Kalejdoskop ludzkości


O ile sam proces uśmiercania ludzkości (wirus działa na ciało w dość spektakularny sposób), a potem próby łączenia się w grupy i przeżycia, połączone z koniecznością odnalezienia się w nowej sytuacji mnie zachwyciły, o tyle ten motyw walki dobra ze złem już niekoniecznie. Trzeba jednak przyznać, że problem budowy nowej rzeczywistości w obliczu zagrożenia, które początkowo bohaterowie znajdują jedynie w przestrzeni sennej, robi wrażenie. W moim odczuciu było tu jednak zbyt wiele Boga i Szatana – taki klasyczny obraz walki dobra ze złem w dość niecodziennych warunkach. Inne minusy? Brak!

King jest chyba mistrzem tworzenia postaci. Nie lada sztuką jest naszpikowanie opowieści ludzkimi twarzami i to w taki sposób, że każda z nich jest inna, nie ginie w tłumie. Mamy tu do czynienia z młodą ciężarną dziewczyną, mężczyzną, który od razu zdobywa zaufanie innych, piosenkarzem, który nie potrafi się ogarnąć, piromanem, głuchoniemym, upośledzonym intelektualnie, kobietą po setce, mrocznym człowiekiem, socjologiem, dziwnym chłopcem, budzącym niepokój nastolatkiem, byłą nauczycielką, a nawet z psem. To istna parada charakterów, a każda z tych postaci ma swoją historię i mimo rozległości tej opowieści oraz przeplatających się na kartach tej powieści zdarzeń, czytelnik nie ma problemu z ich rozróżnieniem. Szacun dla autora.


Człowiekowi trudno być odpowiedzialnym za samego siebie, a co dopiero za kogoś innego.

Poza całościowym obrazem Apokalipsy znajdziemy tu mnóstwo, OGROM, takich scen, zdań, myśli, gestów, które zmuszą nas do refleksji. Pod nieco drastyczną warstwą tej historii kryje się coś zaskakującego – ludzka mentalność, a dokładniej człowiek jako jednostka, która łącząc się z innymi jednostkami, ma stworzyć coś zupełnie nowego. Ocaleni nie unikną błędów, nie wyzbędą się przeszłości. 

Mogłabym jeszcze wiele napisać na temat tej książki, a jednak pozostawię to tak, jak jest. Bastion to taka powieść, w której każdy znajdzie coś dla siebie, to wielowątkowa, zgrabnie skonstruowana i świetnie podana historia, od której trudno się oderwać. Potężna lektura na kilka wieczorów, która zostaje w głowie, co w sumie zaskakuje.

Mnie się  podobało, więc polecam.