niedziela, 23 kwietnia 2017

Bez właściwych odpowiedzi: "Małe wielkie rzeczy"



Jeśli nie mogę czynić wielkich rzeczy, mogę czynić rzeczy małe w wielki sposób.


Kolejna książka z serii Kobiety to czytaj! za mną. Jak było tym razem? Chyba nie będzie dla Was zaskoczeniem, kiedy napiszę, że było jak zawsze. Nie mogło być inaczej: ważna tematyka, miażdżący problem, świetne wydanie, a do tego jeszcze jedna z moich ulubionych pisarek! Było rewelacyjnie, a Małe wielkie rzeczy autorstwa Jodi Picoult zajmują szczególne miejsce w moim serduchu. Świetna opowieść!

Trzy światy


Znacie już twórczość Jodi Picoult? Jeśli mieliście do czynienia z jej powieściami, z którąkolwiek z nich, to z pewnością wiecie, że ta kobieta potrafi wywrócić świat do górny nogami. Stawia przed czytelnikiem taki problem, którego nijak nie da się rozwiązać, a przy tym zwraca uwagę na sprawy, których się głośno nie mówi. 

Dla większości z nas wyraz "rasizm" jest synonimem wyrazu "uprzedzenia". Ale rasizm to coś więcej niż dyskryminacja na podstawie koloru skóry. To również kwestia tego, w czyich rękach spoczywa władza instytucjonalna. Tworzy utrudnienia dla czarnych, białym z kolei wiele ułatwia. Ciężko dostrzec te ułatwienia, a co dopiero się do nich przyznać. I dlatego ta książka musiała powstać.


Jodi Picoult


W Małych wielkich rzeczach autorka nas prowokuje, tak nakreślając sytuację, że nie sposób wskazać jednej, właściwej i konkretnej odpowiedzi. Połączenie uprzedzeń rasowych ze śmiercią dziecka nie może nieść prostych odpowiedzi. 

Zacznijmy jednak od bohaterów. Ruth jest Afroamerykanką, położną z dwudziestoletnim stażem pracy, która kocha to, co robi i niewątpliwie sprawdza się w tym doskonale.  Jest jedyną Murzynką na oddziale. Kobieta straciła męża, samotnie wychowuje syna, któremu stara ułatwić start w dorosłość. Chłopiec dobrze się uczy, świetlana przyszłość przed nim. Rodzina wiedzie względnie  spokojne i pozornie normalne życie...

Małe wielkie rzeczy
Wszystko zmienia się w chwili, kiedy Ruth, po nocnym porodzie, "przejmuje" matkę z dzieckiem. Po tym spotkaniu życie kobiety wywróci się do góry nogami, a wszystko, na co dotychczas przymykała oko, uderzy w nią nagle z ogromną siłą, zwalając z nóg. Okazało się, że rodzice małego Davisa –Turk i Brittany – to biali nacjonaliści, którzy kategorycznie nie życzą sobie, by ktoś taki jak Ruth zajmował się niemowlakiem.

Dziecko po czasie umiera, a zrozpaczony i pełen złości ojciec oskarża o to afroamerykańską położną. Czy przyczyniła się do śmierci dziecka, a może dopuściła się zaniedbania? Czy posłuchała zakazu przełożonej – wyraźnego zakazu dotykania chłopca? Tego Wam nie powiem, ale wierzcie mi: będzie  się działo, a każda kolejna odkrywana rewelacja zmusi Was do zastanowienia się nad... w sumie nad sobą, nad tolerancją, stosunkiem do nacjonalistów (który są rodzicami, jak inni). Och, no nie będzie łatwo.

Poznacie również Kennedy – białą adwokatkę, która decyduje się reprezentować Ruth w sądzie, a może inaczej: położna pozwala jej się reprezentować, chociaż zdaje sobie sprawę z tego, iż ta nie ma zielonego pojęcia o sytuacji kolorowych, mimo że twardo obstaje przy tym, iż wie, rozumie, że jest przeciwko dyskryminacji. Powiem Wam jedynie, że życie Kennedy i wszystko, w co dotychczas wierzyła, zmieni się dość gwałtownie, a będzie to zmiana bolesna.

Małe wielkie rzeczy to taka opowieść, która nie pozostawia nas obojętnymi. Z jednej strony mamy do czynienia z afroamerykańską pielęgniarką, która wprowadzi nas w swój świat – czasem aż trudno było mi uwierzyć, że mimo tego XXI wieku i wszechobecnej tolerancji, którą się szczycimy, kolorowych spotykają takie rzeczy. Z drugiej strony widzimy rodziców, którzy tracą dziecko – to chyba największa tragedia, z którą nie sposób dyskutować. A jednak tu podejmiemy dyskusję, bo czy mają prawo obwiniać kogoś za śmierć dziecka, tylko dlatego że są uprzedzeni? I ostatnia odsłona, czyli Kennedy, chyba mi najbliższa. Kobieta jak inne, która żyje, korzystając ze swoich praw, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, że ktoś może takowych nie posiadać. 


Emocje i trudne sprawy


Jedno tragiczne zdarzenie odmieni losy tej trójki, ale też uzmysłowi wiele, bardzo wiele osobom z ich otoczenia. Ta sprawa poruszy opinię publiczną, chociaż przecież "lepiej o tym nie mówić", wprowadzi podziały, ale też zacieśni więzi, wywlecze na światło dzienne to, czego staramy się nie zauważać, czego nie chcemy widzieć, bo przecież nie jesteśmy rasistami...


Ile potrzeba wyjątków, zanim sobie uświadamiamy, że prawda, którą nam wpajano, to jedno wielkie kłamstwo?


Od tej historii trudno się oderwać. Nie znajdziecie tu pędzącej na łeb, na szyję akcji, ale doskonale zarysowane postacie, które przeprowadzą Was przez tę sprawę, pokazując swój punkt widzenia (narracja jest zróżnicowana, a przy tym pełna odniesień do przeszłości bohaterów). Szczerze, z wyczuciem i z drugiej strony – tam, gdzie to było potrzebne, nie obeszło się bez mocnego tąpnięcia. 


Małe wielkie rzeczy


Co jeszcze? Warto zaznaczyć, że Picoult potrafi odpowiednio budować napięcie, a przy tym każdy rozdział przynosi nowy materiał do przemyśleń. Autorka po prostu obraża wszystko, co większość chce ukryć, ale robi to w naprawdę dobrym stylu i, co ważne, ocenę pozostawia nam. Nie ma tu jednak łatwych decyzji. Kiedy już myślimy, że wszystko wiemy, że to dla nas jasne i jesteśmy pewni, w jaki sposób skończy się ta historia, autorka wytacza potężne działo i burzy to, co udało nam się do tej pory poskładać.

Małe wielkie rzeczy dotykają niesamowicie ważnej tematyki w sposób ciekawy, szczery (autorka zrobiła porządny research) i niekonwencjonalny – to cieszy najbardziej. To wszystko w połączeniu z potężną dawką emocji (sceny w szpitalu rozklejają) tworzy niesamowity obraz, któremu warto poświęcić dłuższą chwilę. Mądra, wartościowa i rozbrajająca opowieść o miłości i nienawiści.


Za potężną dawkę emocji dziękuję Wydawnictwu